pexels-photo-5876396

Zdzisław Maciejewski

Skarb w Górach Sowich

Kiedy mieszkaliśmy jeszcze wszyscy w Pieszycach, Rafał nie przepuścił żadnego dnia by chociaż raz nie przyjść do nas i nie spytać co słychać. Co tam słychać? Wołał już od progu otrzymując zawsze podobną odpowiedź, że nic, bo my jak zwykle byliśmy daleko w tyle za ostatnimi nowinkami, które krążyły po mieście. Najszybciej i najdokładniej poinformowana była zawsze Wiola, która odwiedzała po kilka razy dziennie miejsca, wylęgarnie wszelkich sensacji takie jak: fryzjer, krawcowa, sklepy i koleżanki będąc stale na topie: co się komu urodziło, kto zmarł, który chłop zlał swoją babę i trzeba jej będzie pomóc w rozwodzie bo draniowi nie można przepuścić, która kupiła nową kieckę i jakże brzydko w niej wygląda bo jest totalne bezguście i inne takie ważne dla środowiska pewnej grupy pań sprawy, które stanowiły sedno ich codziennego życia. Rafał, po tym swoim retorycznym zapytaniu z reguły sam przystępował do informowania nas o tym, czego Wiola zdołała się dowiedzieć, zaznaczając przy tym wielokrotnie, że jego to nic a nic nie obchodzi, no ale skoro już wie to przecież musi przekazać dalej a ponieważ my byliśmy stale pod ręką, to i my wiedzieliśmy co się w mieście dzieje prawie że na bieżąco bo zaledwie z „drugiej ręki”. Teraz niewiele się zmieniło. Mógł co prawda widzieć nas w każdej chwili, kiedy tylko by zechciał, ale przyzwyczajenie wyniesione z Ziemi było tak silne, że codziennie do nas „zachodził” i przesiadywaliśmy razem przed naszym domem, dopóki nie przypomniał sobie, że ma jakieś pilne zajęcie czy spotkanie, zupełnie jak miało to miejsce za życia i pognał na nie zostawiając nas do dnia następnego. Dzisiaj widocznie nic nie zaplanował bo „rozgadał” się jak wujek Lechu po paru głębszych kieliszkach. „Rozmawialiśmy o naszych wycieczkach rowerowych, z których jedna obydwu nam szczególnie zapadła w pamięci. Chodziło o rok dwa tysiące szósty. Właściwie to całe lato tego roku mieliśmy zmarnowane, jeżeli chodzi o te wycieczki a to dlatego, że zaraz na początku sezonu rowerowego czyli w maju miałem wypadek i kilkutygodniowe unieruchomienie nogi w gipsie, pod koniec lata i wczesną jesienią przyjmowałem lekarstwa, które wykluczały kierowanie jakimkolwiek pojazdem i dopiero późną jesienią mogliśmy sobie pofolgować rozkoszując się jazdą po naszych pięknych górach ubranych teraz w żółć, czerwień i brąz we wszystkich możliwych odcieniach, która utrzymywała się zawsze na drzewach do pierwszych przymrozków. Potem liście skręcały się, szybko już schły i opadały na ziemię. Jazda po nich też była atrakcją, bo szeleściły pod kołami i pachniały mocno jesienią, którą bardzo lubiłem.

Jesienią, zwłaszcza po zmianie rozkładu godzin z letnich na zimowe czasu na te przyjemności było niestety niewiele. Jedynie w soboty i niedziele i to takie, kiedy nie padał deszcz, bo w powszednie dni po przyjeździe z pracy do domu i zjedzeniu obiadu robiło się już ciemno i o jakimkolwiek wyjeździe, a już szczególnie w góry nie było mowy. Jesień dwutysięcznego szóstego roku była jednak łaskawa dla rowerzystów, szczególnie jedna z niedziel, kiedy temperatura powietrza podniosła się prawie do dwudziestu stopni Celsjusza. Postanowiliśmy w pełni wykorzystać tą sprzyjającą aurę. Pamiętasz, spytał Rafał jak zastanawialiśmy się dokąd pojechać? To był zawsze największy problem, bo wszystkie ścieżki górskie w promieniu kilkunastu kilometrów od domu mieliśmy już objechane i to po kilka razy. Oczywiście, że pamiętam, odpowiedziałem zgonie z prawdą pomijając znany i jemu oczywisty fakt, że tutaj niczego już się nie zapomina, nie tak jak na Ziemi. Pamiętam, że po namyśle wybrałem trasę na przełęcz Jugowską, a po jej osiągnięciu mieliśmy się zastanowić, czy jechać górami na Wielką Sowę, czy też na drugi szczyt czyli w kierunku Kalenicy. Ostatecznie wybraliśmy trasę na Kalenicę. Rowery szły gładko po leśnych drogach zapadając się chwilami w brązowe już liście buczyny, które zdążyły opaść jako pierwsze w tej partii gór. Posuwaliśmy się w kierunku Trzech Buków z mocnym postanowieniem, że dzisiaj nie odpuścimy żelaznej wieży na Kalenicy. Drugiej okazji pewno w tym roku już nie będzie bo jak długo można liczyć na tak piękną pogodę w obliczu zbliżającej się zimy? Trasa, którą jechaliśmy jest piękna o każdej porze roku. Rozciąga się z niej widok na leżące w dolinach wioski oraz całe przedgórze od strony Pieszyc i Dzierżoniowa. Rafał jak zwykle zachwycał się widokami na dole a ja rozglądałem się na wszystkie strony, bo i stok górski, który przy jeździe w tym kierunku znajduje się po prawej stronie jest tu szczególnie urokliwy, bowiem pośród drzew sterczą na nim ogromne pojedyncze głazy lub też całe ich skupiska o niesamowitych kształtach. Wystarczy jedynie odrobina wyobraźni, by zobaczyć przemienionego w skałę konia w pełnym galopie, średniowiecznego rycerza w pełnej zbroi, czy blanki murów obronnych jakiegoś ponurego zamczyska. W pewnej chwili, moją uwagę zwrócił ogromny głaz, który tworzył wielki nawis. Takich głazów było, a właściwie z pewnością jeszcze jest w Górach Sowich pełno, ale dlaczego po tym akurat usypana jest wielka sterta kamieni? Chciałem zwrócić na niego uwagę Rafałowi, ale on akurat jechał przodem i zaraz zniknął mi za zakrętem drogi. No niech sobie jedzie, za chwilę będzie z powrotem, pomyślałem i po zahamowaniu zsiadłem z roweru. Od czasu, gdy uległem wypadkowi rowerowemu bardzo mnie pilnował w czasie tych naszych wycieczek, nie pozwalał jechać z góry na pełnej szybkości, z daleka krzyczał ostrzegawczo, gdy zauważył jakąś niebezpieczną dziurę w jezdni, czy przekop na ścieżce górskiej i natychmiast wracał na trasie, gdy spostrzegł, że nie ma mnie za nim.

Tak będzie i tym razem, obejrzy się do tyłu i wrócił, trochę dłuższa jazda po górach wyjdzie mu tylko na zdrowie. Postawiłem rower na stópce i czepiając się drzew, oraz krzaków zacząłem wdrapywać się na stromy dosyć w tym miejscu stok. Wyobraźnia już zaczynała mi pracować a była ona inspirowana opowieściami o skarbach zakopanych przez wycofujących się hitlerowców i ludność niemiecką opuszczającą tereny po Drugiej Wojnie Światowej. Szczególnie jedna z tych opowieści, w którą co prawda nie do końca wierzyłem gnała mnie do góry. Może jednak ta jego opowieść była prawdziwa, a ja jestem wielkim sceptykiem i nie wierzę? W pewnym skrócie ta historia brzmi następująco: Przed kilkunastu laty kupowałem od pewnego pana z Jeleniej Góry dziewiętnastowieczne repliki zbroi rycerskich. Sprzedawca bardzo sugestywnie i barwnie tłumaczył ich pochodzenie. Twierdził, że jest myśliwym polującym po górach i w czasie jednego z polowań natrafił, w pogoni za postrzeloną sarną na tajemnicze i bardzo trudne do odnalezienia wejście do groty. Spostrzegł je tylko dlatego, że kamienie, którymi było zasypane częściowo pospadały odsłaniając mały otwór. Po odrzuceniu ich wejście okazało mu się w całej okazałości, było jednak zaminowane minami ceramicznymi, które on sam wydobył i rozbroił. Nie chciał nam tłumaczyć (jeździliśmy tam obydwaj z Rafałem) jak zdołał zorientować się w niebezpieczeństwie, robił jedynie tajemnicze miny i bąkał coś o swoich umiejętnościach z okresu służby wojskowej. W grocie, która otwierała się tuż za przejściem stał czarny przedwojenny samochód osobowy, wewnątrz którego znajdowały się obrazy przedstawiające faszystowskich dygnitarzy oraz walały się porozrzucane po całej tej jaskini zbroje rycerskie i inne części uzbrojenia ochronnego oraz broni białej, którą on uważał za autentyczne, pochodzące ze średniowiecza. Tłumaczył nam, że są to zapewne eksponaty z jakiegoś przedwojennego muzeum, które zostały ukryte by nie wpadły w ręce wojsk sowieckich. W jaki sposób samochód dostał się do jaskini, gdy jak mówił on sam miał kłopoty by tam wejść nie wyjaśnił no a my nie pytaliśmy, by nie tworzyć niezręcznych sytuacji niekorzystnych przecież przed czekającymi nas negocjacjami cenowymi. Historia sama w sobie była ciekawa i pchała mnie teraz do góry, prosto pod kupę kamieni nasypanych pod nawisem skalnym, chociaż jedyne, (jak mi się zdawało) co było w niej prawdziwe to fakt, że Jelenia Góra na co zresztą wskazuje sama nazwa miasta położona jest pośród przepięknych gór. Wcale nie byłem pewny, czy człowiek ten był nawet myśliwym, chociaż zadatki na uprawianie tej profesji, czy hobby jak ktoś woli miał. Zarówno bowiem myśliwi jak i wędkarze mają niesamowity dar do zmyślania takich historyjek kreując się przy okazji na bohaterów. Nasz znajomy sam rozbroił poniemieckie ceramiczne miny o czym nie omieszkał nam oznajmić, dodając skromnie, że nie wszystkie, bo obok innych potrafił przejść nie dotykając ich a więc miał prawo być dumnym z tego powodu i imponować nam odwagą. Rzeczywiście imponował, co staraliśmy się na każdym kroku podkreślać w oczywistym celu, żeby zadowolony z siebie był bardziej skłonny do opuszczenia ceny kupowanych części uzbrojenia. Tak się rzeczywiście stało. Sprzedawał nam te kopie jako oryginały w cenie, którą można było zaakceptować razem z tym jego bajaniem.
Źródło pochodzenia eksponatów wyjaśniliśmy od razu po wyjściu z mieszkania „myśliwego”, który zdążył jeszcze na odchodnym zapewnić nam prawo pierwokupu wydobytego z jaskini samochodu wraz z obrazami i mundurem generała Wehrmachtu, o którym sobie przypomniał, że również znajduje się w ukrytym samochodzie. Na skórzanych elementach zbroi odnaleźliśmy w jednym miejscu pieczątkę o treści „Teatr Jeleniogórski”. Ta szanowna instytucja pozbywała się niepotrzebnych, zalegających magazyny, ciężkich replik uzbrojenia i sprzedawała je widocznie tak tanio, że nam opłacało się je zakupić już z drugiej ręki i każdy był z tej transakcji zadowolony. Dzwoniłem na drugi dzień do teatru, ale poinformowali mnie, że sprzedaż jest zakończona. Ostatnie eksponaty kupił jeden pan hurtem. To tyle na temat historii naszych zakupów, połączonych z historią ich wydobycia ze skalnej górskiej groty, która jakkolwiek okazała się banalna i zmyślona to przynajmniej w części dotyczącej pozyskania eksponatów, wryła się w moją pamięć. Przecież nie od dzisiaj wiadomo, że Karkonosze i Góry Sowie pełne są różnych tajemnic, takich chociażby jak zespoły sztolni, czyli podziemnych korytarzy z wielkimi, przypominającymi hale fabryczne pomieszczeniami, w których ponoć miała być produkowana super tajna i super groźna broń mająca odwrócić losy wojny. Poszukiwacze skarbów, biegający po górach z wykrywaczami metali natrafiają nieraz na rożne przedmioty metalowe z dawnych lat. Szczególnie w rejonie Lutomii lub Gilowa, gdzie w osiemnastym wieku miały miejsce potyczki czy wręcz bitwy pomiędzy wojskami pruskimi i austriackimi.
Zdyszany zatrzymałem się przy wielkiej stercie kamieni. Wyobraźnia podpowiadała mi, że coś pod nimi z pewnością jest ukryte. Niby dlaczego ktoś ich tutaj tyle naprzynosił i jeszcze ułożył w pryzmę? Bez wątpienia jest to dzieło rąk ludzkich, bo gdyby spadały z góry, to leciałyby poza skałę a nie pod nią. Odwaliłem jeden kamień, później drugi, trzeci i nic. Walczyła we mnie ciekawość z niechęcią do napracowania się w to piękne niedzielne popołudnie. Przyjechał Rafał na swoim rowerze i widząc z dołu, co robię zaczął się ze mnie śmiać, że zachciewa mi się skarbów, ale nie zwracałem na niego uwagi i spokojnie robiłem swoje. Postał chwilę na dole i znudzony wdrapał się za mną pod skałę. Jestem pewny, powiedziałem do niego, że te kamienie nie mogły się tutaj same usypać. Pomyślał chwilę i przyznał mi rację. Teraz już pracowaliśmy w dwójkę. Ustawiliśmy się po dwóch stronach pryzmy i walczyliśmy z tymi kamieniami uważając przy tym, aby nie rozrzucać ich po stoku a tym bardziej nie spuszczać na drogę. Układaliśmy je po obu stronach dotychczasowej sterty tworząc dwie, ale mniejsze. Jak odsłonimy wejście do jaskini, to później trzeba będzie z powrotem je zasłonić, powiedziałem do Rafała, jak gdyby kwestia istnienia tajemniczego wejścia była już przesądzona. Nic mi nie odpowiedział, ale zauważyłem, że i on nabrał już nadziei na znalezienie czegoś niezwykłego. Kiedy praca miała się już ku końcowi, wróciłem na drogę do naszych rowerów i obserwowałem, czy przypadkiem ktoś nie nadchodzi. Nie mieliśmy zamiaru dzielić się z nikim naszym odkryciem. Rafał pracował jeszcze dobre pół godziny. W tym czasie, zwały odrzuconych kamieni robiły się coraz większe i powoli odsłaniało się coraz to większe wgłębienie w skale pod nawisem. Ręce miał już podrapane do krwi, ale nie chciał, żebym go wymienił przy tej pracy, chciał sobie pozostawić przyjemność dokonania odkrycia. Pod koniec zwiększył tempo, bo wgłębienie skalne zaczynało zmieniać się w szczeliną biegnącą w głąb stoku. Kiedy kamienie zostały odrzucone do końca, odsłoniła się co prawda wnęka, mogąca pomieścić dorosłego człowieka i biegnąca od niej szczelina, którą co najwyżej mógł przejść niebyt wyrośnięty szczur. Żadnego śladu jakiegokolwiek znaleziska. To oczywiste, usłyszałem od Rafała, Niemiec zakopał swój dobytek w ziemi i przywalił kamieniami, trzeba trochę pokopać i z pewnością coś znajdziemy. Poszukał kawał solidnego kija i zaczął nim ryć ziemię w miejscu, gdzie jeszcze tak niedawno leżały kamienie. Ja już przestałem pilnować drogi a jedynie zerkałem tam od czasu do czasu będąc stale obecnym przy poszukiwaniach. Chętnie sam bym zaczął pomagać, ale nie było miejsca pod skałą na dwóch odkrywców, więc tylko doradzałem, gdzie jeszcze kopać. Powoli cała penetrowana powierzchnia została zryta. Pod cienką warstwą ziemi i starego zbutwiałego igliwia oraz liści odsłaniała się lita skała. W takim stu procentowym miejscu, gdzie ktoś zadał sobie tak wiele trudu, by ułożyć stertę kamieni nie znaleźliśmy niczego. Usiadłem zawiedziony pod skałą i spoglądałem zrezygnowany na drogę. Chyba domyślam się, powiedziałem do Rafała, po co ktoś nazbierał i naprzynosił tutaj tyle kamieni. Z drogi nikt nie byłby w stanie zrobić jakiejkolwiek krzywdy temu, kto broniłby przejścia, bo ukształtowanie stoku przeszkadza, z góry osłania nawis skalny, te kamienie z pewnością pochodzą z czasów, kiedy służyły one jako narzędzie walki, czyli leżały nie ruszane, co najmniej kilkaset lat, dopóki nie znalazło się dwóch takich, co zechciało je przerzucić na drugie miejsce. Zawiedzeni rezultatami poszukiwań i wybrudzeni zbieraliśmy się do dalszej drogi. Poszedłem jeszcze z boku wiszącej skały, aby opróżnić pęcherz przed jazdą do domu, bo jakoś odechciało nam się już zdobywać szczyt Kalenicy, gdy nagle prawa noga wpadła mi po kolano w jakieś zmurszałe patyki. Ledwie zrośnięta po ostatnim złamaniu kostka zabolała tak, że zawyłem z bólu i ze złości. Byłem pewny, że złamałem ją po raz drugi. To teraz będę miał w domu do słuchania odnośnie swojej głupoty z nieodzownym zakończeniem każdego wywodu „a nie mówiłam, żebyś siedział w domu”. Powoli ciągnąłem tą nogę do góry i o dziwo w miarę wyciągania przestawała boleć. Stanąłem na niej i zauważyłem, że mogę ustać, ból był całkiem znośny. No to nie jesteś złamana pomyślałem, po wypadku wyglądało to zupełnie inaczej, nie było mowy o staniu na niej. Jeżeli tak, to trzeba zainteresować się co tam jest w tej dziurze. Zacząłem wyciągać zmurszałe patyki. Rafał dawno już zszedł na dół, wsiadł na rower i pojechał będąc przekonany, że zaraz pojadę za nim a ja wziąłem się ostro do roboty będąc pewny, że tym razem to już z pewnością coś znajdę. Jakoż po kilku minutach zaczęło wyłaniać się wejście do dziury w skale. Pracowałem wytrwale nie zwracając nawet uwagi na to, że ktoś z drogi może mnie obserwować. Po chwili rzeczywiście usłyszałem krzyki dochodzące z dołu. Stał tam mój syn wściekły, że po raz drugi wypuściłem go samego w góry i musiał wracać. Postanowiłem wcale się nie odzywać, bo co bym nie powiedział to przecież nie uwierzy. Robiłem swoje a on stał na dole i wściekał się a w końcu postawił rower i leniwie zaczął wchodzić do góry. Kiedy już był w stanie zobaczyć co odkryłem, ruchy jego nabrały jakiejś dziwnej szybkości, niespotykanej jak na człowieka, który niedawno przerzucił parę ton kamieni.
W międzyczasie ja już prawie chowałem się w wejściu do jaskini, wyrzucając z niego resztki gałęzi. Stanął nade mną znowu pełen sił i gotowy do pomocy, ale nie miałem najmniejszego zamiaru dać się wyręczyć. Ta sterta kamieni, to może i nie służyła do obrony odezwałem się, albo był to jakiś znak rozpoznawczy, albo też służyła do zmylenia takich jak my, gdy tymczasem właściwe wejście jest tutaj i zakryte tylko chrustem. Gdyby nie był on taki stary i przegniły, to noga by mi nie wpadła i nic byśmy nie znaleźli. Wyraźnie od wojny nikt tu jeszcze nie zaglądał. Wysprzątałem wejście na tyle, że można było przecisnąć się do środka. Zobaczyłem kawałek tunelu, szerokiego na jakieś pięćdziesiąt, sześćdziesiąt centymetrów, na dnie którego leżały drobne gałązki i zeschłe liście. Dalej, w odległości czterech, pięciu metrów nic już nie mogłem zobaczyć, chociaż tunel nigdzie nie skręcał. Wziąłem spory kamień i rzuciłem przed siebie. Rozległ się plusk wody. No to dzisiaj nic tu nie zwojujemy, powiedziałem do Rafała, który stał przed wejściem i przebierał nogami z niecierpliwości, kiedy sam będzie mógł wejść do środka. Jak dotąd, skutecznie mu to blokowałem, bo mimo cherlawej postury wypełniałem sobą cały korytarz. Trzeba przyjechać z latarkami, na razie dojdę tylko do wody, bo trzeba zobaczyć, czy jest głęboka i czy daleko sięga, może będzie można jakoś ją pokonać. Po chwili widziałem już znacznie więcej, bo wzrok powoli przyzwyczaił się do ciemności. Powoli, na czworakach, bo szczelina mocno się obniżała i zwężała ku górze, zacząłem leźć do przodu. Nagle ręka moja natrafiła na coś gładkiego i okrągłego. Zatrzymałem się i zacząłem odgarniać ziemię i liście. Ukazały się kawałki całkiem już skorodowanego metalu, jakaś żelazna obręcz o średnicy około czterdziestu centymetrów a w samym środku tej obręczy nieduży, porcelanowy wałek zakończony kulką. W tej chwili przypomniało mi się opowiadanie „myśliwego” z Jeleniej Góry i zrobiło mi się gorąco ze strachu. Z pewnością jest to porcelanowa mina, nieostrożny ruch i lecimy z Rafałem w powietrze. Szczęśliwie odkryłem tą przed nami, ale gdzie jest pewność, że jakiejś przypadkiem nie ominąłem po drodze? Teraz, gdy będę wracał to mogę nie mieć tyle szczęścia. Ledwie byłem w stanie opanować się na tyle, by kazać Rafałowi odejść daleko aż na drogę i schować się za jakąś skałą lub drzewem. Po tonie mojego głosu zrozumiał od razu, że nie żartuję i bez słowa odszedł a ja powoli zacząłem się wycofywać w stronę wyjścia. Na razie skarby mamy z głowy, żeby tylko łeb cało wynieść to już będzie dobrze. Kucając, posuwałem się po kilka centymetrów obmacując najpierw dokładnie miejsce, gdzie miałem postawić nogę. Na szczęście nie natrafiłem już na żadną minę. Po wyjściu na zewnątrz byłem mokry z emocji, chociaż jesienny dzień nie był wcale upalny a w korytarzu skalnym było zimno i wilgotno. Zabrałem się do ponownego zasypywania wejścia do szczeliny gałęziami i liśćmi. Teraz, kiedy już wyszedłem, to niebezpieczeństwo nie wydało mi się aż tak duże. Trzeba tu będzie wrócić ale z latarkami i innymi narzędziami, nie ma się co pchać po ciemku, bo mina rzeczywiście może wybuchnąć i na co nam wtedy skarby? Teraz już naprawdę jedziemy, powiedziałem do Rafała, który widząc mnie przy wejściu wrócił zły, że zacząłem je zasypywać i nie dałem nawet zajrzeć do środka.
W domu mama przywitała mnie krzykiem. Znowu wywaliłeś się na rowerze. Miała prawo tak myśleć, bo cały byłem wysmarowany ziemią. Trzeba było coś szybko nakłamać. Błoto było w górach i pryskało spod kół roweru, powiedziałem głupio, co ją jeszcze bardziej zeźliło, bo dziecko by poznało, że nie tak wygląda się od pryskającego błota. Najważniejsze jednak, że wróciłem cały i wkrótce dała sobie spokój. My z Rafałem nie mieliśmy spokoju do następnej niedzieli, bo ciągle chodziło nam po głowach, co też znajdziemy w tym ukryciu. W tygodniu nie było kiedy tam pojechać, a więc pozostało planowanie działania i odliczanie dni a później godzin. Co do jednego zgodziliśmy się obydwaj, nie będziemy wygrzebywali i wynosili miny, jak to rzekomo robił nasz znajomy z Jeleniej Góry. Z drugiej strony żal by było pokazać nasze odkrycie zawodowemu minerowi, chociaż takiego znamy i mógłby ją w sposób profesjonalny usunąć. Wymyśliłem w końcu, żeby wyciągnąć ją na sznurku. Założę pętlę na wystający z ziemi ceramiczny wałek, szczęśliwie zakończony kulką to pętla nie spadnie, przed wejściem do tunelu wbiję w ziemię kołek, żeby przekierować sznurek w bok i silnie pociągnę. Jeżeli nie wybuchnie podczas wyciągania, to będzie ją można przenieść gdzieś niedaleko i zgłosić na policji o zagrożeniu, niech się już inni tym martwią. Kupiłem cienką ale mocną linkę, zaopatrzyliśmy się w latarki, małą siekierę, wystrugałem kołek i pojechaliśmy w następną niedzielę z plecakami po zakopane w górach skarby. Zastaliśmy wszystko w takim stanie jak zostało pozostawione tydzień temu i mogliśmy zacząć działać. Szczęśliwie też złożyło się, że było jeszcze stosunkowo ciepło i ludzie chodzili po górach zbierając późne jesienne grzyby, szczególnie opieńki, które wysypują się przeważnie późną jesienią smakują wyśmienicie, a tak pachną, że nawet taki wróg grzybów jak mama, która uznaje tylko pieczarki i to zakupione w sklepie nie potrafi ich sobie odmówić. Nikogo nie dziwiło więc, że ktoś siedzi na zboczu góry a rowery stoją na drodze. Jedynym zmartwieniem było jedynie to, aby podczas naszych eksperymentów nikt akurat nie przechodził w pobliżu jaskini, ale przy odrobinie staranności można to było wykluczyć, widoczność była dostateczna w jedną i drugą stronę. Odsłoniliśmy wejście do naszej szczeliny i teraz zaczęły się kłopoty, przynajmniej dla mnie, bo Rafał uparł się samemu iść i zakładać pętlę na minę a ja nie chciałem mu pozwolić. Żadne argumenty, dotyczące mojego wieku, że niby mniejszy żal po starym jak to wybuchnie nie docierały. Musiałem wymyślić coś innego no i w końcu udało się. Powiedziałem mu, żeby odczepił się od mojej groty, bo to w końcu ja ją odkryłem to i ja mam prawo tam wchodzić, on przecież jeszcze na mnie krzyczał, dlaczego tak długo marudzę. Z wielką niechęcią ustąpił a ja zacząłem powoli zbliżać się do miny oświetlając sobie drogę latarką i rozgarniając liście i luźną ziemię, by przypadkiem na coś nie wdepnąć. Co prawda pokonywałem tą drogę już dwa razy w tamtą stronę i z powrotem, ale nie było przecież pewności, czy coś nie jest zakopane z boku, gdzie poprzednio nie stawałem, być może omijając niebezpieczeństwo o milimetry. Po dotarciu na miejsce i oświetleniu wystającego przedmiotu byłem już pewny, że jest to pułapka na tych, którzy chcieli by wejść dalej. Ceramiczny wałek wystający z ziemi, zakończony był półokrągłą kulką a wokół niego leżała obręcz z żelaza, dokładnie tak, jak udało mi się dostrzec bez światła poprzedniej niedzieli. Z bijącym sercem założyłem pętlę na ten wałek, starając się nie dotykać go rękami i zacząłem się wycofywać rozwijając jednocześnie linkę, aby za prędko nie została naprężona. Teraz tylko, zgodnie z ustalonym planem działania pozostało nam wbić kołek, rozwinąć szpulę na całą długość linki, to jest trzydzieści metrów i ciągnąć. Najpierw jednak zeszliśmy z Rafałem na drogę i ruszyliśmy w przeciwne strony, aby sprawdzić, czy ktoś nie nadchodzi. Droga była pusta, las dookoła również. Schowaliśmy się w wykrocie, po zwalonym przez burzę drzewie i dałem linkę Rafałowi, żeby też miał trochę radochy. Nie puściłem go do środka szczeliny, to przynajmniej niech jest teraz sprawcą ewentualnych fajerwerków o ile takie nastąpią. Zaczął powoli ciągnąć. Linka naprężyła się silnie i nic, mina nie chciała dać się wyrwać z ziemi. Widocznie trzeba było ją trochę odkopać bo opór był za duży. Już straciłem nadzieję na pomyślny wynik naszej operacji, gdy Rafał zniecierpliwiony raz jeszcze spróbował szarpiąc gwałtownie. Opór ustąpił, ale linka nie była całkiem swobodna. W dalszym ciągu coś tkwiło na jej końcu. Ciągnął ją powoli skracając coraz bardziej. Czy to możliwe, żeby mina tak mało ważyła, zauważyłem. Nie wiadomo co to jest, może jaka piechotna a takie nie są ciężkie odparł pozując na wielkiego znawcę min wszelkich i ciągnął dalej. Linka skróciła się o parę metrów i opór znowu wzrósł. Już nie można było go pokonać, ale z długości zwiniętego sznura wnioskowaliśmy, że to coś jest już na zewnątrz. Mina z pewnością zahaczyła o kołek i stąd ten opór, stwierdził Rafał. Dla pewności przeczekaliśmy jeszcze pięć minut, bo gdzieś czytałem, że są miny czułe na światło a ta również mogła taką być. W końcu została założona w półmroku. Po tym czasie doszliśmy do wniosku, że gdyby miała wybuchnąć to już by to nastąpiło i powoli zaczęliśmy się zbliżać do tego śmiercionośnego przedmiotu. Rafał szedł przodem, paliła go ciekawość co też zobaczy. W pewnej chwili ruszył jeszcze szybciej, doszedł do wbitego przez nas kołka, schylił się i bez żadnej ostrożności podniósł minę z ziemi. W ręku trzymał pokrywkę ceramicznej wazy na zupę. To była nasza mina, a właściwie należy to ująć inaczej. To była pokrywka, a miny to już mieliśmy my obydwaj ale niezbyt tęgie. Okazało się jednak, że trafiliśmy rzeczywiście na „skarb”. Był tam bowiem zakopany metalowy kociołek w jakim w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku a zapewne i jeszcze przed wojną, kiedy nie było dobrych proszków do prania, gotowało się bieliznę. Znajdowały się w nim naczynia kuchenne a na samej górze nasza „mina” teraz już rozbrojona bo bez pokrywki. Oprócz naczyń, znaleźliśmy kompletny mundur oficera SS ale był tak zbutwiały, że rozszedł się w rękach po wyciągnięciu z kociołka. Przetrwały jedynie guziki. Widocznie jego właściciel chciał ukryć go w czasie transportu w góry i przyłożył mało wartościowymi moim zdaniem skorupami. Wyglądający tak groźnie pierścień metalowy, który wraz z wystającą z ziemi porcelanową gałką stanowił część „miny” nie był niczym innym, jak pozostałością po pokrywie kociołka. Blacha na obrzeżach była inaczej wyprofilowana, wilgoć ściekała po niej i dlatego nie zdążyła do końca skorodować, natomiast na środku przegniła zupełnie odsłaniając zawartość wnętrza. Ten dzień już nam dostarczył sporo emocji, ale przerwać poszukiwania w takim momencie byłoby słabością z naszej strony. Szczelina ciągnęła się dalej w głąb góry tyle tylko, że po drodze znajdowało się szerokie wgłębienie wypełnione wodą. Na szczęście nie była ona zbyt głęboka, około pół metra, ale ani Rafałowi, ani mnie nie uśmiechało się do niej wchodzić. Kiedy już spenetrowaliśmy dokładnie teren przed wodą i nic więcej nie znaleźliśmy, trzeba się było przez nią przedostać. Uradziliśmy, że zasypiemy dziurę kamieniami, które są na zewnątrz i dopiero wtedy przejdziemy już suchą nogą dalej. Rafał podawał mi kamienie a ja stojąc przy wyjściu ze szczeliny rzucałem je na odległość tych paru metrów do wody. Napracowaliśmy się nieźle, ale rezultat tej pracy był w pełni zadowalający. W niektórych miejscach widać już było czubki kamieni wystające z wody. Jeszcze tylko parę większych głazów i będzie można przejść. Rafał chwycił właśnie taki duży kamień i zaczął go taszczyć w moją stronę. Pomyślałem, że będę go kulał, bo nie uniosę, ale ominęła mnie ta przyjemność. Kamień, który był wilgotny, bo leżał już na dnie sterty, wysunął się Rafałowi z rąk i potoczył w dół, uderzając po drodze w jego plecak, gdzie niedawno zapakował znalezione naczynia. Nie pozostało z nich nic całego. Wytrząsnąłem je z plecaka do wody i tym sposobem ukończyliśmy naszą przeprawę. Za wodą szczelina ciągnęła się dalej, ale po paru metrach zrobiła się ona nie do przebycia, bo zabrakło podłoża. Dalej była prostopadła ściana w dół, której dna nie mogły oświetlić nawet nasze silne latarki. Na przestrzeni tych paru metrów nie było już ziemi i liści jak przy wejściu, tylko lita skała, w której nie sposób było cokolwiek ukryć.
Zmęczeni, z ponurymi minami zasypywaliśmy wejście do szczeliny. Gdyby ktoś przypadkowo zapuścił się w nią bez światła mógłby zginąć wpadając w przepaść. Dobrze, że do domu mamy z górki, powiedziałem do Rafała. Nic się nie odezwał. Ja tam nie żałowałem, co przeżyliśmy to już było nasze a swoją drogą Góry Sowie rzeczywiście kryją w sobie bardzo dużo skarbów i niespodzianek. Trzeba tylko umieć ich poszukać i mieć na to czas a że przy okazji jest to czasami niebezpieczne, no cóż w domu też się umiera. Tylko mama jakoś nigdy nie mogła tego zrozumieć.

Zdzisław Maciejewski


Komentarz jako:

Komentarz (0)