Ogrody ciszy – Marek Adam Grabowski - fragment książki
- Przez kruku --
- Wednesday, 29 Nov, 2023
- Wejść! – powiedział zza biurka Orfeusz.
Drzwi się otworzyły i barczysty strażnik wprowadził do pokoju numer 812713. Wprowadzony był podobny do wszystkich, to znaczy chudy, zgar- biony i wystraszony na twarzy.
- Proszę usiąść – rzekł uprzejmie Orfeusz.
Numer 812713 usiadł naprzeciwko niego, a strażnik wyszedł. Regulamin wyraźnie mówił, że tego typu rozmowy muszą się odbywać na osobności.
- W czym problem? – zapytał Orfeusz.
Numer początkowo nie potrafił sformułować odpowiedzi. Zamiast mó- wić, wodził chaotycznie oczyma. W końcu się odezwał.
- Ja się boję…
- Ale czego? – Orfeusz musiał dopytać. – Przecież tutaj jesteś w pełni bezpieczny.
- Tylko ja się nie boję tego, co jest, ale tego, co będzie – wyjaśnił numer. Orfeusz spojrzał mu prosto w oczy.
- Czyżbyś się bał swojego przeznaczenia, swojej roli?
- Dokładnie tak – wykrztusił ledwo z siebie numer.
- To typowe. – Orfeusz, mówiąc to, nadal patrzył na niego swoimi błę- kitnymi oczyma. – Strach jest zawsze, kiedy idziemy ku jakiemuś celowi. Jest tym większy, jeśli cel jest słuszniejszy. Nie boimy się tylko przy ucieczce. Ja również się bałem, zanim tutaj przyszedłem. A teraz uwielbiam moją pracę. Była to forma zwierzania się, jednak 812713 wydawał się nieprzekonany.
- To chyba nie są podobne sytuacje.
- Wszystko jest z pozoru inne, a naprawdę podobne – wyjaśnił mu Orfeusz. – Chyba już wiem, czego ci potrzeba. Zaraz zrobimy psychotest, właściwie to psychogrę.
Zabawa trwała kilkanaście minut. Gdy była już skończona, numer wyglądał na zadowolonego. Nawet zaczął się lekko uśmiechać. To nie jest w tym miejscu częsty widok. Nic dziwnego, że Orfeusz był bardzo usatys- fakcjonowany.
- Widzę, że ci ulżyło.
- Tak, ale nie wiem, na jak długo – odparł 812713.
- W pracy nad sobą nie chodzi o to, by problemy przeminęły bezpowrot- nie, lecz by umieć je zwalczać przy nawrotach. – Powiedziawszy to, Orfeusz wezwał strażnika.
Ten szybko przyszedł i wyprowadził 812713. Teraz psycholog był sam w pokoju. Spojrzał na wiszące na ścianie godło, czyli orzełka, i powiedział do samego siebie:
- Na razie go uspokoiłem, ale to ciężki przypadek. Będzie z nim dużo pracy. Ku chwale Ojczyzny!
*
Minęło kilka godzin. Orfeusz spoglądał przez okno swojego mieszkania na tonące w wieczornym mroku bloki. Wszystkie były identycznymi prosto- kątami. Nagle usłyszał dźwięk otwierających się drzwi. Arete wróciła – po- myślał. Po chwili jego żona weszła już do pokoju. Jej szpilki mocno stukały o posadzkę – to najmodniejsze buty, z wielkimi obcasami. Obuwie tego dnia bardzo mocno świeciło. Orfeusz musiał to skomentować.
- Widzę, że wypastowałaś je w dereżu.
- A jasne! Produkty z dereżu są zajebiste! – Powiedziawszy to, podeszła i pocałowała męża w usta.
- Znów późno wróciłaś.
- Byłam z Penelopą na lodach, pod pomnikiem króla, twojego bohatera.
- Król jest bohaterem nas wszystkich – poprawił żonę. – Byłaś tam do zmroku?
- Nie, potem odwiedziłam Penelopę w jej mieszkaniu – odparła, rumie- niąc się. – Zapomniałabym, po drodze zapaliłyśmy gromnicę w świątyni Neptuna i dałyśmy tam ofiarę z kilku drachm za duszę jej zmarłej matki, żeby odpoczęła na Polach Elizejskich – dodała.
- Chyba Posejdona? – Orfeusz zmarszczył jasne brwi. – Nie wyskakuj mi tutaj z łaciną!
- Wszystko jedno, jak nazwiemy Boga, ja i tak nie wierzę w te dewocyjne paplaniny. Każdy jest zbawiony z automatu, a modlitwa jest dla ludzi, nie bogów. Zrobiłam to tylko dlatego, że mnie prosiła – wyśmiała uwagę Arete. Zmieniła temat. – Jak tam w pracy? Pomogłeś komuś?
Orfeusz włożył rękę do kieszeni i dumny z siebie powiedział:
- Codziennie komuś pomagam. Ale jak wiesz, nie mogę ci podać szcze- gółów, bo to tajemnica zawodowa.
- Ty to masz tam fajnie, ja się nudzę, oglądając i przekładając te głupie papierki. – Po tych słowach pogłaskała go po policzku i odwróciwszy się, powiedziała: – Idę obejrzeć naszego synka!
Podeszła do stolika, na którym leżała biała poduszka, a na niej Słoik Życia z embrionem.
- Hej, mały, może pobawimy się w trzęsienie ziemi? – Po tych słowach zaczęła trząść słojem, jednocześnie śmiejąc się do rozpuku. Orfeusz podszedł do niej i w milczeniu obserwował tę całą bezużyteczną czynność. Widząc to, Arete odezwała się do niego: – Fajna zabawa, co nie? Na pewno nasz synek czuje się teraz bosko!
- A co on może czuć? – odburknął bez entuzjazmu Orfeusz. – Przecież on nie ma żadnych zmysłów, jak więc może cokolwiek czuć?
Gdy wypowiadał słowo „on”, sam nieco się zawahał. Miał bardzo duże wątpliwości, czy kilka komórek można nazywać takim słowem.
Słysząc to, żona skarciła go:
- Co ty chrzanisz? Jak żyje, to musi coś czuć! Kleopatra mówi, że on ma teraz od tego bóle i wymioty, ale ja wiem, że pieprzy głupoty! Każdy synek uwielbia zabawy z mamą! – Na chwilę zamilkła, potem podrapała się w nos i zapytała: – Nie powinniśmy mu wymyślić jakiegoś imienia?
Orfeusz się skrzywił.
- Daj spokój, imiona mają dzieci już urodzone! Na tym rozmowa się zakończyła.
Orfeusz znów podszedł do okna. Na swój sposób był zadowolony. Miał wszystko: mieszkanie, cudną żonę, syna i misję, którą pełnił dla ojczyzny.

Fragment książki "Ogrody ciszy" – Marek Adam Grabowski
Wydawnictwo BookEdit

