
Zdawało się jakby to wszystko co słyszę było świstem wiatru, przebudził mnie jednak rżący koń tuż obok mojej głowy, chłopak zciągnąl lejce, koń się uspokoił.
Nagle urwał mi się totalnie film, odleciałem sam nie wiem na jak długo…
Zbudził mnie dźwięk najprawdopodobniej tira mijającego moje auto, może się zatrzyma i mnie wyciągnie. Ten dźwięk jakoś dziwnie zaczął narastać, unoszę głowę i widzę jak aleję lipową i lipę, na której rozbite jest moje auto mijają jeźdźcy na koniach w takich dużych czapach ubrani na niebiesko, wyglądali jak namalowani, ktoś tam krzyknął coś chyba po francusku. Konie pędziły jak oszalałe, spojrzałem przed siebie a tam jeden człowiek stał na środku pola, strój miał czerwony, wyjął nagle szablę i wystawił w bok odsuwając pochwę szabli za siebie. Jeden z tych niebieskich wysunął się na prowadzenie, też wystawił szablę w bok i pędził na czerwonego, w momencie mijania czerwony przykucnął i jednym cięciem urżnął koniowi jeźdźca nogi, zwierze padło z rykiem przygniatając niebieskiego, czerwony wstał, machnięciem szabli sprawił, że zwierze w moment ucichło, po drugim machnięciu widziałem tylko jak jeźdźcowi odpadła od tułowia ta wielka futrzana czapa.
Znów mnie szarpie, spojrzałem w bok, to znów ten chłopak, ciągle do mnie mówi, widzę jego uśmiechy, poruszające się usta, zacząłem go słyszeć.
Myślę sobie, jak wiele ja dziś nie dostrzegłem, paradoksalnie też ile widziałem a pojąć nie potrafię.
Patrzę na tego chłopaka, słucham i pojąć nie mogę jak to sto lat temu, czyżby pomylił się i zamiast dwieście powiedział sto?
W pewnym momencie koń zrobił się bardzo niespokojny.
Koń zaczął nagle rżeć, zaczął też wiać wiatr, widzę, że Johan mówi do mnie, nie słyszę jednak jego słów. Zasłonił mi go koń, ten nagle wsiadł na niego, u boku jego szarego, grubego, mundurowego płaszcza przypięta była szabla, którą nagle odsłonił wsiadając. Mówił do mnie uśmiechając się, machnął ręką na pożegnanie, świat zaczął tak mocno wirować, że rozpłynął mi się w powietrzu, straciłem przytomność.
Pik, pik, pik… słyszę ten dźwięk i wyobrażam sobie wykrywacz metali, który popikuje przy kapslu „polmos” od wódki. Kupiłem w lato wykrywacz, bywałem z nim na plaży z rana, gdy jeszcze nie grzało tak mocno. Pik, pik, pik… Otwieram oczy i jasność mnie oślepia, przy ręce, której nie czułem wcześniej czuję już… kroplówkę. Jestem w szpitalu, obok mnie maszyna pika, przy niej stoi pielęgniarka i mówi „budzimy się!”. Nie, to się dzieje za szybko, cała biel pomieszczenia tak razi, nie mam sił.
Zamykam oczy i znów jestem sam, znów koło tej lipy przy alei, idę w stronę pola, wychodzę na miękką orankę, dookoła zbiera się mgła, na środku pola stoją dwa słupy tworzące jakby bramę, rzeźbione są we wzory gotyckie przedstawiające trzygłową postać. Przestrzeń między słupami wydaje się rozmazywać, czuję, że muszę przez nią przejść, im bliżej jestem tego przejścia tym większa mgła otacza mnie tworząc drogę tylko i wyłącznie do owych słupów. Mijam słupy i przekraczam wrota, w momencie przejścia wydaje mi się, że lecę, coraz szybciej, lewituję zaraz nad ziemią z niewyobrażalnym pędem, napawa mnie ogromny strach, czuję, że zaraz się rozbiję, otwiera się przede mną ogromna przestrzeń pola, stoją na nim niebieskie i czerwone postacie przyglądając się temu jak pędzę, mijam ich dziesiątki, każdy się za mną odwraca, dolatuję do dębowego lasu, czuję jak moje ciało przebija się przez gałęzie i łamie, niewyobrażalny ból przenika moje ciało rozbijające się o drzewa zwalniając na tyle, że zaczynam rozbijać się o ziemię. Wpadam nagle do dołu, są w nim czyjeś zwłoki, czuję jak wbijają mi się kości w ciało. Unoszę głowę
i widzę dookoła mnóstwo takich dołów z ciałami porozrywanymi, zupełnie jakby zjedzonymi. Zapach stęchlizny i krwi, mrok ogarniają mnie ze wszystkich stron, ból całego ciała i lęk przeraża tak bardzo. Otacza mnie cisza, dęby dookoła zdają się przyglądać temu całemu zamętowi, który wprowadziłem pojawiając się tu. Akcję zaczynam oglądać z punktu obserwatora, widzę jak dwie istoty podbiegają do mnie bojąc się czegoś panicznie, polewają mnie jakimś płynem po czym wpychają coś ogromnie gorzkiego w usta i sypią białym proszkiem. Jeden z nich rozejrzał się dookoła i wyszeptał z wielkim strachem „żercy”. Nagle uciekli zostawiając mnie samego. Zdezorientowany rozglądam się dookoła, wszędzie gnijące sztywne zwłoki leżące w dołach, poprzerastane szarą trawą i coraz bardziej intensywny zapach krwi. Dostrzegam postaci biegające dookoła cmentarza, zataczające koła coraz bliżej mnie. Widzę wreszcie, że poruszają się bardzo szybko na czterech kończynach galopując, są coraz bliżej, przenika mnie coraz to silniejszy strach i motywujące do ucieczki przerażenie, widzę ich ciała, to ludzie biegający na czterech kończynach, mają przerośnięte dłonie i ogromne pazury, bardzo ostre, nie posiadają głów, w ich miejscu znajduje się obcięta szyja z której obficie sączy się jasnoczerwona krew. Chwyta mnie jeden za ubranie w tułowiu unosząc jedną ręką do góry po czym wydaje taki okropny dźwięk chrapania, charczenia, drugą kończyną, jednym cięciem w przypływie złości odcina mi głowę.
Czuję w sobie śmierć, leżę w trawie długo. Czuję, że moje mięśnie są kompletnie sztywne, leżę tak aż wpadam na pomysł by wstać. Wstaję bez problemu i widzę tłumy… masa istot rozmawia, słyszę śmiechy, każda z osób wcześniej leżących w tym momencie stoi i rozmawia, nadal są w stanie rozkładu. Pragnę zrobić krok, lecz noga mi ucieka, odkrywam, że jest totalnie pogruchotana, jednakże mogę się przemieszczać sunąc zaraz nad ziemią. Mknę więc do stojącego obok żołnierza i wyrywam mu broń, krzyczę sapiąc, z ogromnym przerażeniem pragnę umrzeć, oddaję kilka strzałów w tułów czując rozrywające szarpnięcia pocisków, chcę strzelić sobie w łeb, nie czuję głowy, nie mogę w nią wycelować, napawa mnie to złością i przeraźliwym lękiem…
Teraz już wiem, w lesie, który mi się śnił jest to zapomniane cmentarzysko. Po tym śnie zbudziłem się już normalnie funkcjonując. Byli przy mnie bliscy, otarłem się o śmierć, jednak silniejsza była we mnie siła życia. Opowiadano mi, że pomoc wezwała kobieta jadąca zaraz za mną, wszystko widziała, zasnąłem i rozbiłem się na drzewie. Po piętnastu minutach zabrała mnie karetka. Z czasem dochodziłem do siebie, zajęło mi to kilka miesięcy, kości się pozrastały. Miałem wtedy dużo czasu na zgłębianie wiedzy na temat rejonu, w którym miałem wypadek. We wrześniu przejeżdżając tamtędy zatrzymałem się przy owym polu z moich snów, w oddali był las, jednak bałem się tam wejść. Wyjąłem wykrywacz z auta i przespacerowałem się po orance, znalazłem tam mnóstwo ołowianych kul karabinowych, elementy okucia starej księgi oraz guziki huzarów pruskich. Znalazłem też jeden ciekawy guzik z gorejącym granatem, na odwrocie miał napis „Paris”. Był to guzik z munduru grenadiera napoleońskiego. Jeśli by uwierzyć opowieści Johana, którego fakt faktem rzeczywiście przy mnie wtedy nie było, to pod tym polem w ziemi pogrzebanych jest wielu grenadierów o których w dzisiejszych czasach nikt już nie pamięta. Najciekawsze było to, że pod lipą, na której zatrzymał się mój samochód, od strony pola wykrywacz zlokalizował mocny sygnał, kopiąc wydobyłem kawał filcowej szmaty, była poprzerastana korzeniami traw i lipy, rozlatywała się w dłoniach. Na tej szmacie były guziki oraz haki ozdobione koroną. Był to kawałek munduru żołnierza pruskiego z czasów pierwszej Wojny Światowej. Przetarłem w palcach hak, który odleciał od tkaniny, wtedy dopiero przypomniałem sobie ubiór Johana, miał identyczne guziki i haki.
Zwykłe pole, na którym stoję, co roku było polem żyta, dziś sam sobie udowodniłem prawdę, jest to pole bitwy, i to nie jednej…
Marcin Gryga