
Chłopiec, który 15 maja 1779 roku wszedł do rozmównicy Królewskiej Szkoły Wojskowej w Brienne, nie ukończył jeszcze dziesięciu lat, gdyż urodził się 15 sierpnia 1769 roku w Ajaccio, jako syn Carla Marii Buonaparte i Letycji Ramolino.
Ręce trzymał założone na plecy, był wyprostowany, miał szczupłą nie- ruchomą twarz o wystającym podbródku, kasztanowate, bardzo krótko przycięte włosy i szare oczy, jego wątłe ciało wciśnięte było w ciemno- niebieskie ubranie. Wydawał się niewzruszony, niemalże obojętny, w tej wielkiej zimnej sali, gdzie się znalazł, czekając, aż przyjmie go pryncypał szkoły, ojciec Lelue, z zakonu franciszkanów, którzy zarządzali szkołą. Chłopiec wiedział jednak, że pozostanie w szkole przez wiele lat, nie mogąc jej opuścić ani na jeden dzień, i że będzie osamotniony w tym kraju, którego języka dopiero zaczął się uczyć.
1 stycznia 1779 roku przyjechał do Autun z ojcem Carlem. Był to piękny wysoki mężczyzna o regularnych rysach twarzy, o wyglądzie zadbanym, a nawet wykwintnym, i pańskim sposobie bycia.
Korsyka, uliczki Ajaccio, zapach morza, sosen, pistacji, drzew poziom- kowych, mirtu – cały ten świat, który był dla chłopca wszystkim, teraz pozostał daleko, stał się intymnym sekretem. Trzeba było zacisnąć zęby i zagryźć wargi, kiedy ojciec odjechał, zostawiając w kolegium w Autun swoich dwóch synów, starszego Józefa, urodzonego 7 stycznia 1768 roku, i Napoleona – jednego przeznaczonego dla Kościoła, drugiego dla armii. W Autun w ciągu niespełna czterech miesięcy, od 1 stycznia do 21 kwietnia, należało się nauczyć francuskiego – języka obcego, języka, w którym wykrzykiwali zwycięscy żołnierze na ulicach Ajaccio. Ojciec władał nim, matka nie. Jedynym językiem, którego nauczono synów, był włoski.
Uczyć się, uczyć: dziewięcioletni chłopiec zaciskał pięści, ukrywał smutek, tęsknotę, strach i poczucie opuszczenia w tym kraju deszczu, zimna, śniegu i szarości, gdzie ziemię czuć było próchnicą i błotem, a nigdy nie pachniała ona gęstą, bujną roślinnością.
Nowy język należy opanować, ponieważ to język tych, którzy pokonali jego ziomków i okupowali wyspę. Natęża się. Czyta na głos. Powtarza, dopóki słowa się nie poddadzą. Ten język będzie mu pewnego dnia potrzebny, aby pokonać tych zarozumiałych Francuzów, którzy natrząsają się z jego nazwiska i do których nie chce się nawet zbliżać.
Przechadza się samotnie po dziedzińcu kolegium w Autun, zamyślony i pochmurny. Jego brat Józef – przeciwnie – jest grzeczny, spokojny i nieśmiały. Lecz Napoleon irytuje innych swym zachowaniem, w którym duma upokorzonego dziecka miesza się z goryczą pokonanego.
Drażnią go więc i prowokują. Z początku milczy, lecz gdy mu mówią, że Korsykanie są tchórzami, ponieważ pozwolili się podbić, gestykuluje i wyrzuca w gniewie: „Gdyby Francuzów było tylko cztery razy więcej, to nigdy nie zdobyliby Korsyki. Ale ich było dziesięć razy więcej”.
Mówią mu o Pasquale Paolim, przywódcy ruchu oporu przeciw Fran- cuzom, pokonanym 9 maja 1769 roku w bitwie pod Ponte Nuovo.
Jeszcze raz się opanowuje. Pamięta. Wie, że jego ojciec i matka byli podopiecznymi Pasquale Paolego. Jako młodzi ludzie, mający zaledwie osiemnaście i czternaście lat, przebywali w otoczeniu Paolego, w Corte, w latach krótkiej niepodległości Korsyki, pomiędzy panowaniem genueńskim a francuską interwencją w roku 1767. W 1764 roku to Pasquale Paoli wywiera nacisk na rodzinę Letycji Ramolino, aby pozwolono dziewczynie poślubić Carla Marię Buonaparte. Słowo Babbo, czyli „ojca”, jak nazywano Pasquale Paolego, ma swoją wagę. Ślub się odbywa. Wkrótce rodzi się i umiera dwoje dzieci. Potem, po urodzeniu Józefa, Letycja jest znowu brzemienna, w chwili gdy wojska króla Ludwika XV zwyciężają patriotów korsykańskich. I trzeba uciekać ścieżkami przez zarośla makii, trzeba przekraczać rzeki w bród.
Lecz w kolegium w Autun dziewięciolatek nie może tego powiedzieć ojcu Chardonowi, który między dwiema lekcjami francuskiego pyta go zarazem dobrotliwie i ironicznie:
Dlaczego zostaliście pobici? Mieliście przecież Paolego, a on uchodził za dobrego generała.
Chłopiec nie może się pohamować:
Tak, proszę księdza, i chciałbym być do niego podobny.
Jest Korsykaninem. Nienawidzi tego kraju, jego klimatu i mieszkań- ców. Mruczy: „Wyrządzę tym Francuzom tyle złego, ile tylko zdołam”.
Jest kimś w rodzaju dobrowolnego więźnia, synem pokonanego jeńca.
Nie może ani się zwierzać, ani płakać.
Przypomina sobie wieczory w rodzicielskim domu, przy ulicy Saint-Charles, wśród obfitości zapachów. Przypomina sobie łagodne głosy. Matka bywała szorstka, potrafiła go spoliczkować albo sprawić mu lanie, ale była piękna i kochała go. Siadała pomiędzy swoimi dziećmi – znowu brzemienna, spokojna i nieugięta. Opowiadała o wojnie, o ucieczce po klęsce pod Ponte Nuovo.
Babka ze strony ojca, Maria Saveria Buonaparte, przyrodni wuj Joseph Fesch (ponieważ matka Letycji ponownie wyszła za mąż), matka chrzestna Gertrude Paravicini, mamka Napoleona Camilla Ilari oraz służąca Saveria – jedyna służąca rodziny – wszyscy słuchali. A pobożna babka, która uczestniczyła w dziewięciu mszach dziennie, często żegnała się znakiem krzyża.
Napoleon przypominał sobie najdrobniejsze szczegóły opisu rzeki Liamone o wzburzonych nurtach. Letycja chciała przebyć rzekę w bród, lecz koń, porwany przez prąd, stracił grunt pod nogami. Carlo rzucił się do wody, chcąc ratować ciężarną żonę i syna Józefa, Letycji udało się jednak opanować wierzchowca i skierować go w stronę drugiego brzegu.
Cóż ci wszyscy Francuzi – ksiądz Chardon, uczniowie kolegium w Autun – mogą wiedzieć o Korsyce i Korsykanach, skoro nie znają szumu morza, zacisznych uliczek przy porcie i górującej nad zatoką Ajaccio fortecy o barwie ochry?
Napoleon rozmyślał o swoich wyprawach, bójkach, jakie staczał, stawiając czoło innym dzieciom, które czasami wyśmiewały się z niego, z jego zaniedbanego wyglądu, lecz które tak jak on pochodziły z Południa i mówiły tym samym pełnym ciepła i wyrazu językiem.
Napoleone di mezza calzetta Fa l’amore a Giacominetta.* (* Napoleon z kiepskiej gliny chodzi nocą do Żakliny.)
Rzucał się na nich, zabierał Giacominettę, koleżankę z klasy, do szkoły prowadzonej przez siostry, gdzie uczył się włoskiego. Później, w wieku ośmiu lat, przemierzał z nią nabrzeża portowe. Ale wtedy już oddalał się od niej. Uczył się arytmetyki, zaszyty w budce z desek zbudowanej na tyłach domu. Rachował sam, samiutki przez cały dzień, wychodził dopiero wieczorem, obszarpany, obojętny, rozmarzony.
Nic o tym wszystkim nie mówić. Zachować dla siebie. Nauczyć się francuskiego.
Żołnierze zwycięskiego króla defilowali i paradowali po ulicach Ajaccio, po mieście, które jeszcze wibrowało od niedawnych walk, starć pomiędzy stronnictwami, między tymi, którzy wybrali Pasquale Paolego, zbiegłego do Anglii, a tymi, którzy przyłączyli się do Francuzów. Chłopiec wiedział dobrze, że jego ojciec, Carlo Buonaparte, należał do tych drugich. Gubernator Korsyki, pan de Marbeuf, był mile widziany w domu przy ulicy Saint-Charles. Starego uwodziciela przyciągała może także uroda Letycji.
Carlo Buonaparte, z rodziny szlacheckiej od czterech pokoleń – jak zaświadczali to heraldycy z Toskanii, skąd wywodzili się jego przodkowie, zawojował gubernatora, który szukał oparcia wśród notabli gotowych przejść na stronę Francuzów.
Carlo stawiał na tę kartę. Tak było trzeba, aby otrzymywać stanowiska, renty, subsydia. 8 czerwca 1777 roku został wybrany na deputowanego szlachty Korsyki do Stanów Generalnych do Wersalu. Wrócił olśniony potęgą królestwa Francji, jego miastami i pałacami, jego organizacją i tym nowym dobrotliwym władcą, Ludwikiem XVI. Nie ustawał w sta- raniach o stypendia dla synów: starszego, Józefa – przeznaczonego do stanu duchownego, oraz młodszego, Napoleona, który ma zrobić karierę wojskową.
Ośmiolatek w domu w Ajaccio słyszał to wszystko.
Śledzi defilady na ulicach miasta. Fascynują go ci oficerowie o pięknej postawie w niebiesko-białych mundurach. Rysuje żołnierzy, ustawia swoje figurki w szyku bojowym. Bawi się w wojnę. Jest dzieckiem Południa. Biega po ulicach, wspina się aż do cytadeli, tarza po ziemi, przewodzi bandzie urwisów, wystawia się na deszcz, ponieważ przyszły żołnierz musi być wytrzymały. Wymienia swój biały chleb na razowy chleb żołnierza, ponieważ należy się przyzwyczajać do żołnierskiego wiktu.
Gdy się dowiaduje, że ojciec uzyskał stypendium dla niego oraz Józefa i że obaj jadą się uczyć do kolegium w Autun, gdzie Józef pozostanie, ponieważ jest przeznaczony dla Kościoła, a on, kiedy tylko nauczy się francuskiego, wstąpi do Królewskiej Szkoły Wojskowej, to aż drży z entuzjazmu i jednocześnie czuje się rozdarty na myśl o opuszczeniu matki, rodziny, swego domu i miasta.
Ale tak trzeba. Rodzą się inne dzieci: w 1775 roku Lucjan, w 1777 – Marianna Eliza. Potem przyjdą na świat Ludwik (1778), Paulina (1780), Maria Annuncjata Karolina (1782) i Hieronim (1784).
Oczywiście rodziny Buonaparte i Ramolino nie są biedne. Posiadają trzy domy, winnice, folwark w Milelli i szkółkę morwową, młyn, nieruchomości w Ucciani, w Bocognano, w Bastelice. Mają także wpływy. Ich rodziny tworzą prawdziwy klan. Trzeba jednak myśleć o karierze dzieci, utrzymać pozycję wśród szlachty królestwa, w którego skład we- szła Korsyka.
Józef zatem zostanie księdzem, a Napoleon żołnierzem.
Pan de Marbeuf przyrzeka Józefowi jedno z tych beneficjów kościelnych, którymi dysponuje jego bratanek Yves Alexandre de Marbeuf, biskup Autun. Jeśli chodzi o stypendium Napoleona w szkole wojskowej – potwierdza je.
15 grudnia 1778 roku dziewięcioipółletni chłopiec uściskał matkę i bliskich. Trzymał się między ojcem, dumnym i eleganckim, który znów wybierał się do Wersalu, by zawieźć propozycje szlachty korsykańskiej, a bratem Józefem. Razem z nimi odjeżdżał szwagier ojca Joseph Fesch, który miał kontynuować studia w seminarium w Aix, oraz kuzyn Aurèle Varèse, mianowany subdiakonem przy biskupie de Marbeuf.
Oczy chłopca są suche. Wstępuje na pokład statku zmierzającego w kierunku Marsylii i patrzy, jak Korsyka zaciera się w dali. Jeszcze długo po jej zniknięciu czuje zapach tej ziemi, zapach ojczyzny.
To o niej marzył z otwartymi ustami i szklanym wzrokiem w klasie kolegium w Autun, kiedy ksiądz Chardon podsumowywał lekcję francuskiego. Na wyrzuty profesora, że nie uważa, chłopiec zerwał się z miejsca i odpowiedział władczym tonem, w którym przebijała melodia jego ojczystego języka:
– Proszę księdza, ja to już umiem.
Uczył się rzeczywiście szybko. Chłopak był w kolegium osamotniony, tylko z bratem Józefem mógł czasem powspominać dziecięce zabawy. Czy Józef pamięta ich walki? I jak czasem bywał powalony na ziemię przez młodszego brata, bitnego i rozgniewanego? Czy pamięta księdza Recco, który uczył ich arytmetyki? Napoleon już wtedy celował w tym przedmiocie, pasjonowały go rachunki. Czy pamięta ten dzień, gdy ksiądz Recco podzielił klasę na Kartagińczyków i Rzymian? Józef, starszy – trafił do Rzymian, Napoleon – do Kartagińczyków, a więc do pokonanych. I Napoleon tak długo się złościł, aż zamieniono braci miejscami to i on znalazł się w obozie zwycięzców.
Czy pamięta święto 5 maja 1777 roku, niecałe dwa lata wcześniej, gdy do Ajaccio przyjechał dzierżawca Buonapartych z dwoma rozhukanymi końmi? I jak po odjeździe dzierżawcy Napoleon wskoczył na jednego z wierzchowców i puścił się galopem? Miał wtedy tylko osiem lat. W drodze na folwark dogonił wieśniaka i zadziwił go, obliczając, ile zboża dziennie miele młyn.
Samowolny jest ten dzieciak, ale ma głowę, a do tego nieposkromioną wolę.
Po krótkim pobycie w kolegium w Autun opanowuje francuski, język pana de Marbeuf, język królewskich żołnierzy, język zwycięzców Pasquale Paolego.
„Był u mnie tylko przez trzy miesiące – zwierza się ojciec Chardon. – W tym czasie nauczył się francuskiego wystarczająco, by mógł swobodnie prowadzić rozmowę, a nawet dokonywać niewielkich tłumaczeń z francuskiego i na francuski”.
Ponieważ starania jego ojca o potwierdzenie szlacheckich przodków uwieńczone zostały sukcesem, Napoleon mógł wyruszyć do Królewskiej Szkoły Wojskowej w Brienne. A w rejestrach kolegium w Autun przełożony zapisał: „Pan Neapoleone de Buonaparte, za trzy miesiące i dwadzieścia dni sto jedenaście liwrów, dwanaście sou i osiem denarów”.
Tak właśnie nazywają tego chłopca cudzoziemca!
Zaciska pięści. Stoi prosto, żeby nie okazać słabości, nie poddać się wzruszeniu na dziedzińcu kolegium w Autun, gdzie już czeka wóz, który zawiezie go do Brienne.
Jego brat Józef, który będzie kontynuował w kolegium studia klasyczne, by zostać kiedyś księdzem, ulega nastrojowi, przyciska Napoleona do siebie.
Młodszy z braci wie, że w ten sposób na wiele lat zrywa ostatnie więzy łączące go z rodziną, że będzie odtąd mieszkał wśród Francuzów, których języka ledwie co się nauczył, że zawiozą go dalej w głąb tej zimnej i deszczowej Szampanii, tak daleko od morza. Lecz pozostaje twardy.
„Byłem cały zapłakany – opowiada Józef. – Napoleon uronił tylko jedną łezkę, którą na próżno starał się ukryć. Ksiądz Simon, zastępca przełożonego kolegium, świadek naszego pożegnania, powiedział mi po odjeździe Napoleona: «Ta jedna łza świadczy o nie mniejszym bólu rozstania niż wszystkie twoje łzy»”.
Chłopca powierzono panu de Champeaux, który zawiózł go najpierw do swego zamku w Thoisy-le-Désert. Napoleon odkrywa tam zupełnie nieznany mu świat francuskich rodzin szlacheckich, o których obyczajach nie miał pojęcia.
Milczy. Obserwuje. Jeszcze bardziej się hartuje. Odbywa długie przejażdżki po okolicach, których pofalowane pagórki nie przestają go zadziwiać. Myśli o suchych i słonecznych krajobrazach Korsyki, o figowcach, na które się wspinał, by opychać się czerwonym miąższem owoców. I jak czasem zjawiała się matka i dawała mu klapsa za karę, że zrywał figi wbrew zakazowi. Szczęśliwe czasy matczynych kar, białego soku, od którego kleiły się palce.
Nie należy niczego dać poznać po sobie, trzeba słuchać, podchwytywać powiedzenia, odgadywać sens nowych słów. Po trzech tygodniach ksiądz Hemey d’Auberive, wikary biskupa de Marbeuf, wezwany przez chorego pana de Champeaux, przyjeżdża po Napoleona do zamku Thoisy-le-Désert, aby towarzyszyć mu do Brienne.
I oto, 15 maja 1779 roku, Napoleon Bonaparte, chłopiec o szarym spojrzeniu, znalazł się w szkole wojskowej, gdzie miał spędzić przeszło pięć lat.

Fragment książki "Napoleon" t.1 Max Gallo,
CZĘŚĆ PIERWSZA - Wulkan drzemiący pod skałą. 15 SIERPNIA 1769–PAŹDZIERNIK 1785
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.
www.rebis.com.pl