
Kiedy Babor staje przed bramą Gross‑ Rosen, istnienie obozu jest zagrożone. Pół roku wcześniej Entress ledwo zapanował nad epidemią duru brzusznego (nazywanego wówczas tyfusem od łac. typhus abdominalis) i biegunkami, teraz dur powrócił z podwójną mocą. Choroba brudnych rąk wywołuje wysoką gorączkę, wysypkę, krańcowe wyczerpanie i zaburzenia świadomości. Ludzie funkcjonują jak we śnie, na pozór są przytomni, ale ich myśli są niezborne, pogrążone w chaosie okrytym mgłą.
Więźniowie wiedzą, że i tak są żywymi trupami. Jedzą trzy razy dziennie. Rano pół litra wodnistej zupy, a właściwie czegoś, co jest płynem z wygotowanej brukwi albo gorącą wodą zaprawioną mąką. W południe kuchnia „serwuje” zupę na „warzywach”
– liściach buraczanych, kapuście czy jarmużu. Mieczysław Mołdawa wieczorny posiłek w Gross‑Rosen nazywa ucztą: zupa ma konsystencję, którą można uznać za gęściejszą niż ta poranna. Do tego jest posolona i okraszona margaryną. Więźniowi przysługuje również ćwiartka małego chleba i dwa dekagramy margaryny.
W kamiennym piekle dzienna porcja kaloryczna nie przekracza 500–800 kalorii152; to wartość, którą dzisiaj przyjmują nieroztropne nastolatki, żeby gwałtownie schudnąć. Te bardziej dbające o siebie wybierają dietę 1000 kalorii, przy niej jednak lepiej się nie przemęczać. Bardzo aktywny mężczyzna potrzebuje około 5000 kalorii dziennie, co tłumaczy, dlaczego nowo przybyli tracili w pierwszym miesiącu uwięzienia w obozie nawet dwadzieścia kilogramów.
Teraz, kiedy tyfus powrócił, nie można się przed nim obronić. Ludzie umierają jeden po drugim, krematorium nie nadąża, komendant zorientował się, że za chwilę zabraknie więźniów. W styczniu 1942 roku na tyfus zaczyna też chorować załoga SS, a do Gross‑Rosen przybywa specjalna komisja lekarska. Możliwe również, że wizytacja ma związek z wcześniejszym planem przekazanym w trybie tajnym komendantom obozów koncentracyjnych w Dachau, Sachsenhausen, Buchenwaldzie,Mauthausen, Auschwitz, we Flossenbürgu i oczywiście w Gross‑ Rosen.
12 grudnia 1941 roku z Inspektoratu Obozów Koncentracyjnych wychodzi pismo, w którym z polecenia Reichsführera SS informuje się, że w obozach pojawią się komisje lekarskie. Do Gross‑ -Rosen wizytacja ma nadjechać w pierwszej połowie stycznia153. Entress najprawdopodobniej wprowadził Babora w sytuację, ale sam z tą komisją spotka się już w Auschwitz. Babor nie potrzebuje jednak swojej wiedzy medycznej. Tutaj liczy się co innego, a już najmniej ratowanie życia. Komisja przybywa z opóźnieniem, są w obozie dwa dni, od 19 do 20 stycznia.
O ile pojawienie się kilku lekarzy może umknąć uwadze więźniów, a nawet personelu w fabryce śmierci, takiej jak Auschwitz czy Sachsenhausen, o tyle w małym Gross‑ -Rosen wszyscy widzą, że coś się dzieje. Na czele pochodu kroczy wyprostowany profesor Werner Heyde, trzydziestodziewięcioletni psychiatra, szef wydziału medycznego w SS-Hauptamt (Głównym Urzędzie SS) w Berlinie.
Bezwzględny i oddany Hitlerowi. Na studiach medycznych wyraźnie się wybijał. Inteligentny, utalentowany, ambitny. Wzór lekarza. Od września 1939 roku jako jeden z głównych organizatorów akcji T4 skupił się na wymordowaniu wszystkich, którzy nie byli warci tego, żeby żyć. Heyde szybko robił karierę dzięki dość skomplikowanej sieci kontaktów. Wspierał go i ochraniał między innymi generał WaffenSS, wcześniejszy zastępca komendanta w obozie koncentracyjnym Dachau. Profesor był homoseksualistą, leczył go z tej „przypadłości” jego niemiecko‑rosyjski kolega Arthur Kronfeld, również psychiatra. Z pewnością uwadze Heydego nie uszło to, że Gross‑ -Rosen było miejscem, w którym kwitł homoseksualizm, a młode ciało było towarem przetargowym, również w dostaniu się na rewir. Ale to didaskalia. Profesor ma teraz ocenić sytuację w obozie i pomóc Baborowi podjąć decyzję, co dalej. Decydują się na eksperyment. Jego rezultaty zostaną być może wykorzystane w podobnych sytuacjach w warunkach przyfrontowych.
Komisja zaczyna selekcję. Jest styczeń, ale około 200 mężczyzn rozbiera się do naga, żeby przemaszerować przed gośćmi. Więźniowie czują nie tylko fizyczny ból – po raz kolejny zostali upokorzeni. Dla tych, którzy myślą jeszcze trzeźwo, to trudne przeżycie. Oni tu, pozbawieni godności i ubrań. Tamci za stołem. Ciepło ubrani. Najedzeni. Eleganccy. Babor przegląda karty chorób. Jak wygląda w tym piekle z tą swoją urodą chłopca, „który sprawiał wrażenie, jakby nie był w stanie skrzywdzić
nawet muchy”? Więźniowie nie mają pojęcia, co się naprawdę dzieje. W jakim celu odbywa się selekcja?
Profesor Heyde, specjalista od unicestwiania życia bez wartości,zarządza Lagersperre. Całkowite odcięcie obozu od świata. Gross‑Rosen zostaje zamknięte i nikomu nie wolno go opuszczać. Heyde daje Baborowi nieograniczone uprawnienia, a sam
jedzie dalej. Student medycyny musi zapanować nad sytuacją bez pomocy przełożonych. Za drutami zostaje 600 więźniów. 600 mężczyzn, na ogół również młodych, którzy po prostu chcą żyć. Babor podejmuje swoją pierwszą decyzję: rozkazuje zmierzyć
wszystkim temperaturę.
Na podstawie wyników kieruje chorych do rewiru, gdzie dostają lepsze jedzenie, zastrzyki z esesmańskich przydziałów oraz tabletki. Tych ostatnich więźniowie boją się szczególnie. Nie wiedzą, co dostają, wszechobecna śmierć czai się w rzeczach
tak prozaicznych, że połknięcie leku kojarzy się z próbą zabójstwa. Pastylki rzeczywiście powodują majaki i gorączkę, ale odmowa ich przyjęcia grozi śmiercią.
Podawanie leku wygląda codziennie tak samo. Sztubowy wyczytuje numer więźnia, każe połknąć tabletkę, a następnie zagląda w usta, żeby sprawdzić, czy nie została ukryta pod językiem albo policzkiem. Jeśli chory zdecyduje się na takie „oszustwo”, nadzorcy bezwzględnie go katują. Wybór jest prosty – albo zabiją cię wycieńczenie i tyfus, albo zrobi to brutalny sztubowy.
Ta kuracja oferuje również dodatkowe atrakcje. Każdego dnia chorzy muszą maszerować na mrozie po kilka godzin, a blokowi opryskują ich jakimś piekącym roztworem. Leżący na rewirze nie mają łatwiej. Sanitariusze „ochładzają” ich ciała. Ci, którzy nie mają koców, umierają w styczniowych temperaturach, bo okna w pomieszczeniach są otwarte przez kilka godzin. Głód wyzwala najgorsze instynkty. Po zmarłym zostaje pajdka chleba, sanitariuszom opłaca się go zatem wykończyć.
Ale pojawia się również światełko w tunelu.
„Przy łóżkach zawieszono pierwsze w Gross‑ -Rosen karty ewidencyjne choroby, z wpisywaniem zabiegów i stanu więźnia” – wspomina Mieczysław Mołdawa155.
Światełko w tunelu okazuje się końcem podróży. 4 marca, sześć tygodni po wizycie profesora Wernera Heydego, komendant obozu Gross Rosen Arthur Rödl otrzymuje pismo oznaczone adnotacją: „Tajemnica państwowa”. Ozdrowieńcy mają wyjechać. Ludzie się boją, ale dostali nową odzież, więc łudzą się, że trafią w lepsze miejsce. Transport zostaje odprawiony. Zmierza do „sanatorium w Bernburgu”, miejsca, które profesor zna doskonale.
Bernburg leży na południowy zachód od Berlina. Góruje nad nim potężny zamek, którego mury częściowo schodzą do malowniczej Soławy (po niemiecku Saale). Pod koniec XIX wieku założono tu zakład opiekuńczy dla psychicznie chorych, w którym mieściły się 132 łóżka. W 1940 roku piwnice budynku przeznaczonego dla mężczyzn zaczęły się zmieniać. Do sanatorium weszli robotnicy i na 80 metrach kwadratowych w podziemiach przystosowali do nowych celów cztery pomieszczenia.
Pierwszy pokój, o powierzchni 14 metrów kwadratowych, wyłożyli kafelkami, a w drzwiach zainstalowali wizjer. Kolejny przerobili na kostnicę, trzeci miał służyć jako sala sekcyjna. Na końcu tego ciągu znalazło się krematorium. 21 listopada 1940 roku szara ciężarówka przywiozła do szpitala 25 pacjentów z zakładu psychiatrycznego z Neuruppin. Samochód wjechał do drewnianego garażu, skąd pasażerowie korytarzem weszli na parter. W kolejnych pokojach zostali zbadani przez lekarzy. Jeśli któryś z chorych miał jakąś ciekawą dolegliwość fizyczną, medyk rysował mu na plecach czerwony krzyż. Stamtąd „pielęgniarki” zabrały chorych do piwnicy, żeby mogli się wykąpać. Być może na chwilę jeszcze przysiedli w korytarzu, gdzie stały ławki. Potem weszli pod prysznice. W sali wyłożonej kafelkami zatrzasnęły się za nimi drzwi, a zamiast wody poleciał gaz. Po zamordowaniu chorych łaźnia pozostawała zamknięta jeszcze przez godzinę. W tym czasie pracowała wentylacja. Po otwarciu drzwi ciała z czerwonymi krzyżami poddano sekcji. Pozostałe natychmiast spalono. Tak oto w pięknym, zabytkowym Bernburgu rozpoczęła się akcja T4. W czternastometrowej komorze gazowej, wyglądającej jak zwykła łazienka, Niemcy zagazowali przez następny rok 8601 osób. W tym czasie w pozostałych budynkach normalnie funkcjonowały szpital i sanatorium.
Akcja T4 została oficjalnie zakończona przez Hitlera 24 sierpnia 1941 roku, ale nieoficjalnie trwała aż do końca wojny. Piwnice Bernburga służyły odtąd Sonderbehandlung 14f13. Pierwszy człon tej nazwy w dosłownym tłumaczeniu oznacza „specjalne
traktowanie”, w rzeczywistości chodziło o wymordowanie więźniów obozów koncentracyjnych. W piśmie, które przyszło na początku marca do Gross‑ -Rosen, Zakład Sanatoryjny i Opieki Lekarskiej w Bernburgu polecał „wydanie” 214 więźniów wybranych przez komisję. W prosty, pozbawiony jakichkolwiek skrupułów sposób nadawca listu zaznaczał, że najlepszym terminem na przybycie transportu będzie 24 marca 1942 roku, ponieważ „w międzyczasie będą dostarczane transporty z innych obozów i z technicznego punktu widzenia potrzebny jest zapas czasu”.
Procedura się nie zmieniła. Mężczyźni z Gross‑ -Rosen wjechali do drewnianego garażu, potem przeszli korytarzem do łazienki…
Po pewnym czasie zostali po prostu wykreśleni z ewidencji obozowej.
Tekst stanowi fragment książki Joanny Lamparskiej - Lekarze od zabijania.
Wydawnictwo Znak Koncept - www.znak.com.pl