Kategorie

Zapraszamy do dyskusji

Z bandyty do archeologa. Dziwny przypadek Huberta z Tomaszowa









Mam na imię Hubert i pochodzę z Tomaszowa Lubelskiego. Miasta w okolicach którego toczyły się walki w 1914 roku (tzw. I Bitwa pod Komarowe), miasta które w 39 roku było świadkiem nieudolnych decyzji gen. Dąb-Biernackiego, miasta które po klęsce wrześniowej nie dało o sobie zapomnieć wysłannikom plugawego austriackiego  malarza.

Moja przygoda z historią zaczęła się dosyć „normalnie”.  W wieku 5 lat będąc na wakacjach u babci zamieszkałej pod Hrubieszowem znalazłem w starej szopie bagnet ( oczywiście nie wiedząc że to jest bagnet). Zaciekawiony zapytałem się mojego dziadka:  „Dziadziu co to jest za nóż”, na co dziadek odpowiedział: „To jest bagnet, który żołnierz Wojska Polskiego zakładał na karabin i zabijał nim Niemców”.  Podniecony tym faktem jak prawiczek przed swoim pierwszym razem na dyskotece szkolnej, zacząłem się nim bawić ganiając po podwórku kury i indyki wmawiając sobie, że prowadzę walkę ze złymi Niemcami. Dzięki uprzejmości dziadka postanowiłem zabrać bagnet ze sobą do swojego domu, z czego moja mama nie była zadowolona. Do tego bagnetu podchodziłem ze szczególnym pietyzmem ( i to mi zostało do dnia dzisiejszego), oglądałem go codziennie bawiąc się nim i pokazując go swoim rówieśnikom którzy i tak mieli to daleko w „nosie”. Po ok. 2 latach dostałem kolejny prezent. Mój tata (pracownik fizyczny spółdzielni mieszkaniowej w Tomaszowie Lubelskim), sadząc drzewka natrafił na drugi bagnet, niestety ten nie miał okładzin i był skorodowany. Gdy przyniósł mi go tata nie mogłem uwierzyć, że takie rzeczy można znaleźć w ziemi. Na następny dzień postanowiłem nakłonić swojego kolegę, który posiadał starą saperkę bundeswehr  na wspólne kopanie kolejnych bagnetów. Niestety przez cały dzień nakopaliśmy się z kolegą dziur na osiedlu nie znajdując w nich nic. Zraziło to mojego kolegę, który więcej nie dał się na kopanie namówić. W tym samym roku wujek kupił stary dom w okolicach Tomaszowa, przy remoncie którego pomagał mu mój tata. Spędzałem tam letnie weekendy rozmyślając hełmach, karabinach, bagnetach i szablach. Pewnego dnia moją uwagę przykuł dziwny pręt wystający ze zburzonego filaru rozebranej stodoły. Pytając się taty i wujka co to jest wujek odpowiedział: „Karabin, idź Hubercik i sobie go wykop”, na co mój tata wyśmiał wujka rzucając kilka dość pospolitych łacińskich słów. Podekscytowany faktem że ten dziwny pręt może być karabinem postanowiłem złapać za młotek i tłuc w resztki filaru jak Hefajstos kujący strzały erosa, próbując odkryć czym jest ten magiczny wystający pręt. Zdenerwowany tata złapał za młot pneumatyczny, rozwalił  resztki słupa i wyciągną karabin, stwierdzając: „ to jakiś obrzyn”. Szczęśliwy zabrałem go do domu ciesząc się z kolejnych skarbów które trzymałem w szafce, dawniej pełniącą funkcje skrytki na zabawki. Zgłębiając swoją ciekawość udało mi się ustalić, iż bagnet od dziadka jest polskim bagnetem wz. 24, bagnet taty polskim wz. 29, a karabin to Mannlicher M95. W Przeciągu prowadzonego remontu z działki wujka pozyskałem również bagnet carski do mosina, oraz polski zdezelowany bagnet wz. 24. Mijały lata, historią II wojny światowej interesowałem się bardziej niż grą w piłkę czy komputerem. Od kolegi mojej mamy który chodził z wykrywaczem metalu dostałem w prezencie magazynek do bronka i polski granat obronny ( oczywiście rozbrojony), oraz dzięki jego uprzejmości fachowo wyczyścił i zakonserwował moje skarby.  W pewnym momencie poznałem kolegów którzy jeździli na BMX’ach, robiąc róże fajne sztuczki i przy okazji podrywając na nie młode i napalone siksy. Po namowach postanowiłem uzbierać na swój wymarzony rower. Przeglądając znany wszystkim portal aukcyjny dostałem olśnienia, 22,8 miliarda moich neuronów wysłało sygnał... Postanowiłem sprawdzić cenę wykrywaczy metali, które wydawały mi się na owe czasy nieosiągalnym cudem XX wiecznej techniki. Cena detektorów była adekwatna do cen rowerów więc podjąłem decyzję, która zmieniała całe moje życie. Wertując różne fora internetowe szukałem swojego wymarzonego detektora.  Po konsultacjach z kolegą mamy, który zabrał mnie w wieku 13 lat na wykopki pożyczając mi wykrywacz Pi tzw. „Hrubieszów”, podjąłem decyzję o zakupie HS-3 „Smętek”.  Dziwnym trafem znalazłem ogłoszenie z mojego rodzinnego miasta. Poszedłem więc z tatą na zakupy, umawiając się ze sprzedawcą u niego w domu. Okazało się iż osoba od której miałem kupić detektor była znajomym taty dzięki czemu dało się przy pomocy napojów wyskokowych wynegocjować jeszcze lepszą cenę.  Spacerując po miejscach bitew pod Tomaszowem kopałem różne fanty te lepsze i gorsze. Czasem ocierając się o śmierć, która czychała na mnie z najgłębszych otchłani lasów państwowych. Poznawałem nowych ludzi chodzących z detektorem, których serdeczność sprawiała, że każdy weekend spędzałem w lesie. W końcu sprzedałem starego „Smętka” zarabiając na nim ok 200 zł. Kupiłem Fishera F4, który jak się później okazało nie leżał mi w ogóle w ręce. Sielanka z fisherkiem niestety nie trwała zbyt długo w wieku 17 lat do szkoły przyszli w odwiedziny smutni panowie. Zabrali mnie ze szkoły, machając przed twarzą nakazem i wmawiając mi że ukradłem radio sony i kołpaki z volkswagena transportera. Pech sprawił że nie było w mieszkaniu u mnie nikogo kto mógłby zdążyć mi je wysprzątać przed moim przyjazdem (mama wraz z siostrami była u lekarza w Zamościu, a tata u babci pod Hrubieszowem).  Panowie oczywiście nie szukali żadnych kołpaków ani radia, lecz moich skarbów, które z dumą eksponowałem na ścianie i szafkach.  W trakcie brawurowej akcji funkcjonariuszy komendy powiatowej policji w Tomaszowie Lubelskim, zdołano zabezpieczyć kilka sztuk pustych skorup granatów, trochę amunicji, oraz broń białą wmawiając mi że posiadanie jej jest również nielegalne. Odsiedziałem swoje na „dołku”, dostałem dozór policyjny, lecz to nie odstraszyło mnie od walki o swoją broń białą, która bez podstawnie skonfiskowano zapewne w celu upiększenia salonu pana komendanta. W trakcie dozorów panowie policjanci wielokrotnie proponowali mi „pomoc”. Wmawiając że jestem dobrym człowiekiem pewien policjant zaproponował mi zostanie „tajnym współpracownikiem”, dzięki któremu nie dostanę wyroku oraz nota bene zarobię po 400 zł od każdej osoby, która posiada niebezpieczne rzeczy oraz inne niedozwolone substancje. Grzecznie odpowiedziałem panu policjantowi że nie jestem kapusiem bo to za komuny ludzie kapowali i nie skorzystam z ich propozycji.  Dostałem wyrok, 8 miesięcy w zawieszeniu na 3 lata oraz grzywną w wysokości 800 złotych, którą z braku funduszy byłem zmuszony odrobić podczas prac społecznych na stadionie miejskim. W trakcie odbywanej resocjalizacji nadal jeździłem na wykopki, będąc tym razem bardziej ostrożny. W końcu nadszedł czas studiów, wybrałem kierunek dzięki któremu z pewnością mógłbym wykładać pudła w Tesco gdzieś na wyspach. W trakcie półrocznego studiowania sprzedałem swój detektor oraz perkusje i w już w styczniu wróciłem do domu słysząc lamenty mamy dotyczące rzuconych studiów. W planach miałem wielką emigrację lecz po namowach rodziców postanowiłem spróbować jeszcze raz sił na studiach (tym razem na kierunku który będzie mnie interesował). Złożyłem papiery do Warszawy na Historię wojskowości i na archeologię (na którą papiery złożyłem dla tak zwanej „beki”).  Niestety ze względu na zbyt małe zainteresowanie potencjalnych studentów kierunkiem „Historia wojskowości”, który nie został otworzony pozostała mi jedynie archeologia. W trakcie studiów nie było tak kolorowo jak mi się wydawało na samym początku. Na roku była ze mną również dziewczyna z mojego miasta która znała moją przeszłość i chcą się przypodobać wykładowcom, którzy nastawieni byli delikatnie mówią negatywnie w stosunku do detektorystów  opowiedziała im o mnie. Skutkiem tak haniebnego czynu były ciągłe komentarze wykładowców w stosunku co do mojej skromnej osoby oraz delikatne utrudnienia w trakcie studiowania. Kulminacja jednak nastąpiła, gdy archeolodzy z mojego uniwersytetu prowadzący badania w okolicy mojego rodzinnego Tomaszowa złapali kilku „durni” z wykrywaczami metalu, którzy „wpierniczyli” się na stanowisko archeo. Urażona Pani Doktor z łatwością skojarzyła wszystkie fakty i ubzdurała sobie w swojej główce, że to ja nasłałem detektorystów aby rabowali jej ukochane stanowisko (na którym w rzeczywistości nie było co rabować, bo tam nic ciekawego nie wychodzi). Na 3 roku studiów poznałem Panią Doktor, która interesuje się okresem I i II wojny światowej. Poprosiłem ją o zostanie promotorem mojej pracy licencjackiej ponieważ mój licencjach chciałem pisać z archeologii wielkiej wojny. Niestety i to mi nie wyszło, moja ulubiona Pani Doktor szepnęła kilka pozytywnych słów o mojej osobie, dzięki czemu moja przyszła promotorka była zmuszona mi odmówić. Zły jak Hitler podczas obrony Berlina, pisałem licencjat ze epoki kamienia (który cudem udało mi się zmęczyć).  W trakcie ostatnie roku studiów mojej niedoszłej promotorce przyznano grant na badania miejsca bitwy z okresu I wojny na froncie wschodnim. Dziwnym trafem coś ją tknęło i postanowiła „zaryzykować” i zaproponować temu bandycie i szabrownikowi wykopaliska ze względu na fakt iż miałem doświadczenie w chodzeniu z detektorem metalu. Oczywiście bez wahania się zgodziłem i pożyczając pieniądze od kuzyna pracującego w Szkocji kupiłem Rutusa Proxime. Była to moja najlepsza dotychczasowa decyzja z której jestem w stu procentach zadowolony. Podczas badań pokazałem się z jak najlepszej strony,  dzięki czemu stopniowo udało mi się zmienić wizerunek złego, bezmyślnego bandyty detektorysty (niestety na razie jedynie w oczach Pani Doktor i całego zespołu badawczego).

Aktualnie prowadzony jest drugi sezon badań wykopaliskowych, którego jestem nierozłącznym elementem.  Spod mojego detektora podczas „powierzchniówek” wyszło wiele pięknych zabytków o których niestety nie mogę nić powiedzieć, ponieważ obowiązuje mnie umowa lojalnościowa. Mam nadzieje, że te badania będą pierwszą kostką domina, która pociągnie za sobą szereg zmian dzięki którym w końcu archeolodzy i detektoryści z dwóch przeciwnych frontów obiorą wspólną drogę, której celem tak naprawdę jest pamięć o historii naszej pięknej Polski.


Hubert Dziewiczkiewicz