Kategorie

Zapraszamy do dyskusji

Stryj Antek


Siedzimy nad filiżankami z kawą i wpatrujemy się w siebie. ciągle nie mogę uwierzyć w to, że dopiąłem swego. Osiem lat szukałem dowodów na to, że stryj Antek nie zrodził się na prześwietlonych kliszach pamięci mojej mamy, ale był naprawdę młodszym bratem jej ojca. Że walczył w legionach, że w wojnie z bolszewikami był ranny, że potem dostał przydział ziemi i wyjechał na Wołyń. I że tam został zamordowany. Żadnych więcej szczegółów na tym zatartym przez czas filmie. Tylko ocalałe w matczynej głowie  stwierdzenie jej ojca, a mojego dziadka, że „Antka to pierwszego zabili”. Wszyscy wiedzieli kto? ­ Ukraińcy. I dlaczego? ­ Bo był Polakiem. Przysłówkowe pytania: jak?, gdzie? kiedy? pchnęły mnie do poszukiwań.

Tak, chcieli tatę zabić, ale im się nie udało. Pewnie Bóg miał nas w swojej opiece i wiedział, że będzie nam jeszcze bardzo potrzebny. Tak, rodzice zawsze są potrzebni, ale bywa, że potrzebujemy ich szczególnie. Bóg wiedział, że dla nas takie chwilę nadchodzą i jeszcze go zachował. Wypija łyk kawy i długo patrzy na mnie. ­ Twój dziadek i mój tato byli braćmi. A twoja mama ma na imię Wanda? I to ona opowiadała ci o moim ojcu? bardziej stwierdza, niż pyta i nie czekając na moje potwierdzenie, ciągnie dalej. ­ Tato miał na imię Walenty, ale mama czasami mówiła do niego Władek. Nie, nie pamiętam, żeby ktoś mówił na niego Antek. Twoja mama musiała się pomylić. Kiwam głową, bo wiem, że w tym wypadku jej fantastyczna pamięć zawiodła. Wiem to od chwili, gdy miła pani z archiwum stwierdziła, że jedynym osadnikiem wojskowym o tym rzadkim nazwisku był nie Antoni, tylko Walenty. Z Wołosowa, tak jak ma być. Inne fakty też się zgadzały. I mama przy Antonim się nie upierała, przecież ona miała wtedy kilka lat. Na kliszy pewnie była rysa. ­ O czym mówiliśmy? A, tak! Ukraińcy chcieli tatę zabić. Bardzo chcieli. Już we wrześniu. Wtedy mordowali Polaków. Z naszej osady zabili pięciu osadników. I jeszcze takiego kolegę. Pewnie miał z piętnaście lat. To był bardziej kolega naszych braci, Wilusia i Dyzia. Oni byli od nas, ode mnie i Stasi, o kilka lat starsi. A Ludwik był dwa lata młodszy. Pięcioro nas było Jak sowieci weszli, to dali Ukraińcom dzień na to, żeby zrobili z Polakami porządek. I ci robili co chcieli. Chyba siedem osób zabili. Naszego sąsiada złapali, jak próbował z rodziną wyjechać do Łucka. Z najmłodszą córeczką jechał na furmance. Taka. malutka była ­ ręką pokazuje na wysokość stołu. ­ Reszta rodziny szła obok wozu, żeby koniom było lżej. Zatrzymali wszystkich, Kazali mu zejść z wozu, wyrwali dziecko, rzucili je matce, a jego zastrzelili z karabinu. Na oczach żony i dzieci. Wsiedli na wóz i z całym dobytkiem odjechali. Ot tak, po prostu. A nauczycielkę, to w szkole pewnie przez dwa dni męczyli. Jakie jęki było słychać, to trudno opisać. Później ją w tej szkole powiesili. Ona była Ukrainką, sprzyjała z Polakami, moja ciocia, siostra mamy była jej najbliższą przyjaciółką. Mama do końca życia pamiętała ten jej straszny lament. A tego kolegę Władka, co ci wspominałem, to zabili za to, że jego ojciec uciekł im do Łucka. uciekł im uciekł do Łucka. Mieli z nim na pieńku jeszcze sprzed wojny i teraz chcieli go dopaść. Ale im uciekł. Złapali więc syna i chcieli się dowiedzieć, gdzie jest ojciec. Władek nic nie powiedział i go zamordowali. Jego matkę i rodzeństwo razem z nami zesłali później pod Archangielsk. Wkrótce tam zmarła, a dzieci trafiły do ichniego domu dziecka. Nie wiem co się z nimi stało. Może przeżyły i tam zostały, a może udało im się wrócić. Ale wierzyć mi się w to nie chce, to byłby istny cud. Przeżyć w tym piekle bez rodziców, to było chyba niemożliwe. Ale to wszystko było dopiero później, na razie był wrzesień. Polacy uradzili, że trzeba iść do wojenkomatu po pomoc, bo Ukraińcy wszystkich zabiją. I nasz tato razem dwoma osadnikami poszli do Rożyszcz. A tam, w tym ichnim sztabie, razem z Ruskimi pili wódkę ci sami Ukraińcy, co naszych pomordowali. I od razu całą trójkę delegatów zamknęli. Później dołączyli ich do grupy polskich jeńców i razem prowadzili gdzieś na wschód. Ale szybko odłączyli ich od reszty i zabrali gdzieś nad Styr. I tam na uboczu ich zamordowali. Tato jeszcze usłyszał rozkaz „saszkoj rubaj!” i został pchnięty z tyłu bagnetem. Padł na brzuch, bez życia. Potem dla pewności dobijali ich z karabinu. Tato miał piękne, gęste włosy i jak upadł, czupryna mu się rozsypała. I jak ten bandyta do niego strzelał, to dobrze nie trafił i kula tylko drasnęła głowę. O, tutaj z boku. W nocy tato się ocknął i stamtąd uciekł. A dwaj jego towarzysze tam zostali. Tam wtedy zamordowali dużo więcej Polaków, nie było wiadomo gdzie ich pochowali. Ojciec przeżył, ale my o tym nie wiedzieliśmy. Dla nas był zabity i gdzieś tam pogrzebany. Nastała bieda i strach. Cały dobytek nam Ukraińcy rozkradli, jak tylko tatę zabrali. Ja ciągle widzę twarz takiego Ukraińca, jak siedzi na naszym wozie i na kolanach ma kożuch taty. Jeszcze zerwał mamie z ramion taką wełnianą chustę, zaciął nasze konie naszym batem i odjechał. Mama szlochała bezgłośnie. Schroniliśmy się we wsi, u naszej babci. A późną jesienią, kiedy pracowaliśmy w polu, chyba zbieraliśmy ziemniaki, patrzymy, a od lasu idzie tato. Wychudzony strasznie, przygarbiony, ale żywy. Dla nas to był cud. Zimę spędzaliśmy u rodziny we wsi, do swojego domu baliśmy się wrócić, bo Ukraińcy mogli przyjść w nocy albo przez okno strzelić. Tak robili. A dziesiątego lutego czterdziestego roku sowieci powieźli nas w nieznane. Z Horochowa? Możliwe, chyba tak podaje literatura, ale ja tego nie pamiętam. Pamiętam tylko, że odwoził nas na stację taki znajomy Ukrainiec. Dobry człowiek, ale musiał robić, co mu kazali. Było strasznie zimno, na stacji czekaliśmy kilka dni, później przez kilka tygodni wieźli nas na wschód. W tym bydlęcym wagonie było jeszcze zimniej. Głód, ciasnota, smród. Zresztą, co ci będę opowiadał, teraz można o tym przeczytać w co drugiej książce. Teraz o tym piszą, a kiedyś ten temat nie istniał. W milczeniu pijemy kawę. Patrzy na mnie spod przymrużonych powiek. Oczy mu się śmieją. ­ Wiesz, ja ciągle nie mogę uwierzyć, że nas odnalazłeś. Nie, na pewno o tym o tym nie marzyłem. Przywykliśmy do tego, że ze strony taty nie mamy żadnej rodziny. Na początku, zaraz po przyjeździe tutaj próbowaliśmy szukać, ale nic z tego nie wyszło. Wtedy wszystko było inne, wszystko toczyło się wolniej. Nie było telefonów, listy szły wolniej. Z nikąd nie można było niczego się dowiedzieć. Kresy i Syberia nie istniały. Ja nawet kiedyś, chyba to było pod koniec lat pięćdziesiątych, dowiedziałem się, że gdzieś niedaleko mieszka ktoś o naszym nazwisku. Jak wiesz, nazwisko to jest bardzo rzadkie, więc pojechałem. Trafiłem tam, ale nawet na podwórko mnie nie wpuścili. Powiedzieli, że żadnej rodziny nie mają i rozmawiać ze mną nie będą. Mało brakowało, a psem by mnie poszczuli. To wróciłem do domu i już więcej nie szukałem. Nawet ich rozumiem, tych ludzi. Każdy z tych co tutaj, swoje przeszedł i ludzie się bali. Nieufni byli, obcych się bali. A tutaj nagle ten list z Warszawy, później ty zadzwoniłeś. Nie, tego już nie oczekiwałem. Prostuje przygarbione plecy, rozciera wyciągniętą prawą nogę. Sztywną. ­ Widzisz, to pamiątka z tamtej wycieczki. Na całe życie mi została. Ale na razie to wszystko dopiero się rozpoczynało. Pociąg zatrzymał się na jakiejś stacji. Mój Boże, jaka tam stacja! Wokół tylko las, nikogusieńko. Śniegu na dwa metry. Popędzili nas do osady. Kopytowo, Sołwyczegodskij Rajon, Archangielskaja Obłast’. Nasz nowy adres. W drewnianym baraku upychano po kilka rodzin. Dwie rodziny, oprócz nas, z naszej osady. Tato pracował w lesie. Rąbali ogromne drzewa, które później gdzieś spławiano. Mordercza praca, ale tato był twardy. Co stamtąd pamiętam? Zimno. Zimno. Takie zimno, że jeszcze teraz mnie otrząsa. Wiesz, tego nie można wyrazić. No bo jak można opisać chłód, który jest w tobie. To nie tobie jest zimno, to ty jesteś lodowaty. Od środka. Te krótkie chwile przy czerwonej kozie trochę cię mogły ogrzać z wierzchu, ale nigdy nie odtajałeś do końca. Tak jak w tej baśni Andersena. Nie lubię jej. Zawsze mnie przerażała. Ziąb tkwił w tobie głęboko, przez co stawałeś się ociężały fizycznie i otępiały duchowo. Nie wiem, jak ludzie mogli przeżyć tam długie lata. Dla mnie te półtora roku to jakby pobyt w tej zimnej części piekła. Wtedy chyba zamieniłbym się na tę część cieplejszą, z kotłami i wrzącą smołą. Pewnie nie byłoby lepiej, ale byłoby ciepło. I jeszcze pamiętam pluskwy. Nie, nie wszy, ale pluskwy. To są strasznie zmyślne bestie. W nocy obłazi to człowieka i tnie niemiłosiernie. Ludzie bronili się jak mogli. Odsuwaliśmy więc łóżka od ściany i nogi łóżka wstawialiśmy do puszek z wodą. Po puszce robak pójdzie, ale wody nie przepłynie. Pływać pluskwy nie umieją. Przynajmniej wtedy nie umiały, teraz nie wiem. Ewolucja to procesy ciągłe. Ale pluskwy miały swoje sposoby, by dostać się do naszej krwi. Szły po ścianie, potem po suficie i gdy znalazły się nad łóżkiem, puszczały się sufitu i spadały na łóżku. Były u celu. Wiem, że to brzmi niewiarygodnie, sam bym w to nie uwierzył, gdybym tego nie widział. Pewnie bestie reagują na ciepło, czy co? Po jakimś pól roku przenieśliśmy się z Kopytowa do Ust’wilu. Najpierw tato tam zaczął pracować, a j my dołączyliśmy do niego trochę później. Tam było jakby trochę lepiej. Barak był lepszy, mama też pracowała, to i było więcej jedzenia. Bo, nie wiem czy wiesz, ale u nich jesz, jeśli pracujesz. Nie ma darmozjadów. Giną z głodu. Też rodzaj ewolucji. To lepiej nie znaczy, że było dobrze, bo to ciągle była katorga. Ale było lepiej, niż na początku. Pewnie też trochę się przyzwyczailiśmy. Człowiek się przystosowuje. A później był układ Sikorski – Majski i zrobiło się jeszcze lepiej. Pojawiła się nadzieja. Rodzice zdecydowali, że ruszamy do Andersa. Tato walczył w dwudziestym i wiedział, że polska armia nas ocali. I ruszyliśmy do Buzułuku. ­ Pociąga łyk z filiżanki i ruchem ręki zachęca mnie, bym się napił. Sięgam po kawę i gdzieś tam w głowie próbuję znaleźć tę małą kropkę na mapie. - Buzułuk był naszym celem, bo tam był punkt zborny naszej armii. Ale to było cholernie daleko. Przez całą Rosję, z góry na dół. Najpierw pociągiem, potem trochę statkiem, znowu pociągiem, potem samochodem, a na końcu pieszo. Ostatni etap naszej wędrówki, przez góry pokonaliśmy na własnych nogach. I koniec końców wylądowaliśmy w Kazachstanie. Teraz tu też były punkty zborne i otwierały się bramy do raju. Ale nie dla nas. Jak już wiesz, tato był w poprzedniej wojnie ranny. Bardzo ciężko. Poszli do ataku na bagnety i weszli na karabin maszynowy. Seria przecięła go w poprzek, przez oba uda. Jedna noga ocalała, bo kule przeszły przez mięśnie, ale kość w prawej została strzaskana. Dobrze się nie zrosła i tato utykał. Całe życie strasznie mu dokuczała. To chyba dlatego przyjechała do nas babcia, która później umarła u nas i została pochowana w naszej wiosce. I teraz ta chora noga zadecydowała o naszym losie. Komisja lekarska odrzuciła ojca, jako niezdolnego do służby. Komisja jedną decyzją zostawiła nas w Sowietach. Wkrótce potem wyszła na jaw sprawa Katynia i Anders z armią wyszedł do Persji. A my zostaliśmy w naszym Czułak-Kurgan. Mam żal do naszych wojskowych, że ojca odrzucili. Skoro przeżył dwa lata na północy, to i w armii by sobie poradził. Przecież armia to nie tylko ci, co w pierwszej linii idą do ataku. Jest jeszcze zaplecze. Ale jacyś oficerowie skreślili naszą rodzinę z listy i zabrali nam bilet do normalnego świata. Czasami zastanawiam się, czy to tylko chora noga ojca zadecydowała o naszym losie, czy były jakieś inne powody. Dopiero niedawno gdzieś przeczytałem, że ci wojskowi osadnicy przed wojną byli bardzo pilnie obserwowani przez władze. Monitorowani, jak to się dzisiaj określa. A moja mama na Wołyniu była autochtonką. Polką, ale stamtąd. Tak sobie czasami o tym myślę i nie mogę dojść do ładu. Ale pewnie lepiej o tym nie myśleć, bo i po co? I tak się prawdy nie dojdzie, a boli jak cholera. Jak ta noga, gdy ma się na deszcz. Wtedy tylko Wiluś z Dyziem zdążyli uciec do Andersa. W pięciu uciekli, ja chciałem iść z nimi, ale zadecydowano, że nie dam rady przejść przez góry. Nie wiem jak by to było, bo poszedł z nimi chłopak tylko trochę ode mnie starszy. I doszedł. Ale ja zostałem. W piątkę zostaliśmy, mama, tata, Stasia, Ludwik i ja. Było biednie, bo pracy nie było, a jak już wiesz, jak nie pracujesz, to nie jesz. Ale wtedy nie wiedzieliśmy, że najgorsze dopiero przed nami. A ono już się na nas czaiło. Ruscy kazali podpisać sowieckie obywatelstwo. Nikt nie wiedział, jak postąpić. Za nieprzyjęcie obywatelstwa groziło więzienie, ale z drugiej strony tato mówił, że jak przepiszemy się na sowietów, to już nigdy do Polski nie wrócimy. I rodzice nie podpisali, żadne z nich. Zdecydowana większość nie podpisała i wszyscy trafili do więzienia. Rodzice poszli do Czymkientu. A my do diet’domu. Tam było strasznie, ale raz dziennie dostawaliśmy coś do zjedzenia. Kawałek chleba i zupę. Stasia dostała się do pomocy w kuchni i czasami można było dostać bardziej wypieczony kawałek chleba, albo jakieś obierki. Bo ten chleb był jak glina, teraz nikt by go nie ruszył, ale wtedy rzucaliśmy się na ten chleb jak zwierzęta. A siostra w kuchni, to był skarb. Jakie szczęście dawała wypieczona skórka od chleba, którą można było dłużej żuć i dłużej oszukiwać głód. Na chwilę przerywa, a ja patrzę na leżące na talerzyku ciasto i przypominam sobie powiedzenie o braku chleba i jedzeniu ciastek. Jakoś nie mogę skorzystać z zachęcającego gestu i nie częstuję się. Nie mógłbym przełknąć. Może potem. ­ Latem wysłano nas na obóz w góry. Pamiętam, że było tam potwornie zimno. Niby lato, ale w górach, pod namiotami, było strasznie. I ja tam nabawiłem się zapalenia płuc. Po powrocie do naszego miasteczka, trafiłem do szpitala. Oj, krucho było ze mną. Myślałem, że z tego nie wyjdę, ale wyszedłem. A Ludwikowi się nie udało. On był od nas młodszy i na dodatek od małego był bardzo delikatny, często chorował. I nie wytrzymał tych potwornych warunków. Zmarł na moich kolanach, w szpitalu. Prostuje się, zaciska mocno oczy. Długą chwilę milczy. ­ Stasia z koleżanką pochowały go pod miastem, w stepie. Zaniosły go tam w kocu i w tym kocu go pochowały. A kiedy ja szczęśliwie wróciłem do zdrowia, na jego grobie zrobiłem krzyż. Dwa żelazne pręty, grube jak mój teraz palec, związałem drutem. I wbiłem w ten kopczyk, który usypała Stasia. Aż do naszego wyjazdu w czterdziestym szóstym, chodziliśmy się tam modlić za naszego małego Ludwika. A później także za duszę naszego taty. Bo tato z więzienia już nie wrócił. Zmarł zimą czterdziestego czwartego. Jak rodziców zabierali do więzienia, to taki sąsiad Polak dał tacie buty. Miał dwie pary, też szedł do więzienia, więc jedną parę butów dał tacie. Nie sprzedał, tylko dał. Trudno w to uwierzyć, bo buty to był majątek. I w więzieniu te buty tacie ukradli. W więzieniach nie ma żadnych praw, poza prawem silniejszego. Więźniowie musieli pracować i tato chodził do pracy boso, tylko taką baranicą obwiązywał nogi. I przeziębił się, chyba dostał zapalenia płuc. Organizm był wyniszczony, żadnych lekarstw, głodowe racje i tato zmarł. Nawet nie znamy dokładnej daty. Ani nie wiemy, gdzie został pochowany. Pewnie w jakiejś zbiorowej mogile, ale któż to wie, gdzie. Mama przeżyła więzienie i wróciła do nas. I nam się trochę poprawiło. My byliśmy w domu dziecka, mieliśmy jakąś strawę, mama pracowała. Imała się różnych zajęć, bo z pracą nie było łatwo. Przez długi czas pracowała u takiego Kazacha jako murarz. Tak, stawiała domy, piece, obórki. Wyrabiała i wypalała cegły. Cegły były robione z gliny i wypalane na słońcu. I rozbierała stare domy i jakieś rudery, aby na ich miejscu postawić nowe domostwo. Kiedyś przy takiej rozbiórce doszło do wypadku. Rozwalali taki wielki piec wraz z kominem w starym domu. Mama musiała wejść na stół, żeby wyżej sięgnąć. I ten komin się zawalił. Gruz i cegły przysypały mamę, a co najgorsze, przygniotły mamie rękę do stołu i złamały ją w nadgarstku. Paskudne złamanie, a w dodatku znikąd pomocy. Ręka zrastała się długo i nie zrosła się dobrze. Już do końca życia mama miała tę rękę nie do końca sprawną. Ale na razie mama miała czterdzieści lat, dwójkę dzieci koło siebie i była kaleką. W tamtych warunkach taka ręka, to było zupełne kalectwo. Nie można było marzyć o żadnej pracy, a jak nie pracujesz, to sam wiesz, jak to było. Dla nas zaczął się najgorszy okres całego zesłania. Swoimi głodowymi racjami wspieraliśmy mamę, ale to było za mało. Tam człowiek mógł zjeść wszystko. Wtedy zrozumiałem, co to jest głód. Na północy panowało zimno i pluskwy, a w Kazachstanie – głód. Tam nie rosły żadne chwasty, bo każda lebioda czy pokrzywa została zjedzona. Wiesz, taka młoda lebioda jest smaczna. Mówię poważnie, bardzo lubiłem młodą lebiodę, smażoną na masełku. Mama w domu często taką robiła, to było lepsze niż szpinak. Ale w lebiodzie jest jakaś substancja, która w nadmiarze jest szkodliwa. A jeśli jadło się tylko lebiodę, to następowała katastrofa. I mama dwukrotnie ledwie przeżyła. Z głodu była cała popuchnięta, a jeszcze ta trucizna. Ale to była silna kobieta. Powtarzała nam, że musimy trzymać się razem i musimy przeżyć, bo Dyzio i Wiluś muszą mieć do kogo wrócić. Oni dotarli do armii polskiej i razem z nią, jako junacy, wyszli z Rosji. Z Persji przysłali do nas list. I chyba dzięki nim Czerwony Krzyż przysłał nam jakąś paczkę, ale tego dokładnie nie pamiętam. Mama robiła wszystko, żebyśmy przeżyli. Żeby przeżyć, musieliśmy jeść. I dlatego chodziliśmy po kilkanaście kilometrów w jedna stronę na zbiórkę arbuzów. Kazachowie mieli takie małe działki i tam uprawiali arbuzy. Arbuz to sama woda, tylko trochę słodka. Więcej pożytku jest z pestek i skóry, bo z tego można było ugotować zupę. I w sezonie chodziliśmy zbierać arbuzy, bo za cały dzień pracy dostawało się worek arbuzów. Po całym dniu ciężkiej pracy trzeba było jeszcze wrócić tych kilkanaście kilometrów do domu. Z workiem na plecach. Kilka razy byłem tak skonany, że myślałem, że nie zrobię już kroku. Wiedziałem, że zostać na noc w stepie, znaczyło umrzeć z zimna lub zostać pożartym przez wilki lub dzikie koty, ale nie miałem sił, by iść dalej. Kiedyś siadłem, a właściwie to padłem na ziemi i powiedziałem, ze dalej nie idę. Łzy płynęły mi po policzkach i mówiłem, żeby mnie zostawili w spokoju. I wtedy mama umiała mnie przekonać, żebym wstał i szedł dalej. Siadła obok mnie, gładziła mnie po twarzy i mówiła, że to już niedaleko, że zaraz zobaczymy światła i wkrótce będziemy w domu. Tuliła mnie do siebie i prosiła, żebym wstał. Odpocząłem i ruszyliśmy dalej. A kiedy na horyzoncie pojawiły się światła, do domu było jeszcze jakieś pięć, może siedem kilometrów. Ale wtedy bliskość domu ciebie ciągnie i nogi same niosą. A jak wróciliśmy do domu z tymi tak ciężko zapracowanymi arbuzami, to przez krótki czas było coś do zjedzenia. Bardzo krótki czas, ale nawet odrobina arbuza się nie zmarnowała. Kazachowie, którzy mieli własne działki, suszyli arbuzy na zimę. Kroili je na plasterki, przez tę skórę przewlekali sznurek i suszyli na słońcu. A zimą pili czaj i pogryzali te arbuzy. Myśmy nigdy tego nie robili, bo nie mieliśmy arbuzów na zapas. Tylko tyle, żeby zjeść na bieżąco. Smak suszonego arbuza znam dzięki Kazachom, którzy czasami nas poczęstowali. To byli bardzo dobrzy ludzie, ci Kazachowie, ale nie bardzo mogli na pomóc, bo też byli bardzo biedni. Nie bardzo mieli się czym dzielić. Tak, z Kazachstanu pamiętam głód. Głód nie jest wtedy, kiedy chce ci się jeść. Ktoś, kto po powrocie z pracy, czy ze szkoły, mówi że jest głodny, bzdury opowiada. Jemu się chce jeść, ale to nie jest głód. Głód jest wtedy, kiedy nie jadłeś od kilku dni, dzisiaj nie masz nic do jedzenia i wiesz, że przez najbliższe dni też jeść nie będziesz. To jest głód. Prawdziwy głód. Głód, który sprawia, że jesteś gotów zjeść wszystko. Raz dowiedzieliśmy się, że pod miastem padł osioł. Leżał tam chyba drugi dzień, a było lato. Wieczorem tam poszliśmy, taką dwukołówką przywieźliśmy go do domu. Całą noc oporządzaliśmy naszą zdobycz i rano nie było w mieszkaniu nawet śladu krwi. Wszystko wyszorowane, aż lśniło. Nikt z zewnątrz nie miał pojęcia, że miał tu miejsce, jakby to określiły władze, nielegalny ubój. Tak byłoby to zakwalifikowane i znalazłby się paragraf na to, żeby skazać, albo podwyższyć wyrok. I tak się tam żyło. Do czterdziestego szóstego. Wtedy rozpoczęły się repatriacje. Było z tym wiele kłopotu, bo dla nich byliśmy obywatelami radzieckimi. Nie wiem, czy mama w więzieniu nie przyjęła ich obywatelstwa. Nie wiem. Ona wiedziała, że musi do nas wrócić, bo bez niej zginiemy. Może podpisała żeby ją puścili. A może nie, a puścili ją, bo z nimi nigdy nie było wiadomo, co i jak. Nigdy mamy o to nie zapytałem i właściwie mnie to nie interesuje. Nam w wyjeździe pomogły listy od Wilusia i Dyzia. Skoro wyszli z Andersem, to byli obywatelami Polskimi. A więc i my byliśmy Polakami. I znaleźliśmy się na liście do wyjazdu. Zaczęły się przygotowania. Sprzedane zostało wszystko, co mieliśmy. Za uzyskane środki mama kupowała jedzenie, bo czekała nas długa droga. Zapasy zostały zrobione, formalności załatwione i można było ruszać Jeszcze poszliśmy na grób Ludwika, by tam pożegnać się z nim i tatą. Pomodliliśmy się, popłakaliśmy i Kazachstan został za nami. Droga trwała kilka tygodni, siedem albo osiem. Najpierw Azja, potem stepy Ukrainy. Dookoła zniszczone wsie, spalone miasta, i bardzo biedni ludzie. Przez większe miasta praktycznie nie przejeżdżaliśmy, może czasami nocą. I w końcu dojechaliśmy do Polski. Jak pod Przemyślem pociąg się zatrzymał, i ktoś powiedział, że to już Polska, o wszyscy wyszli z wagonów i ziemię całowali. Nie, nikt nas nie witał, ludzi prawie nie było, bo tam jeszcze trwały walki z bandami. Dopiero pod Tarnowem ludzi było więcej, machali nam przyjaźnie. I tam, jak się zatrzymaliśmy, dostaliśmy jedzenie. Zupę i chleb. Mój Boże, ja pamiętam jeszcze ten chleb. I widzę tę parującą, gorącą zupę, z kartoflami, kaszą i mięsem. Gęstą i pachnącą. Ale przede wszystkim chleb. Nasz, polski chleb. Taki jak mama piekła w domu. I jakiego przez sześć lat nie miałem w ustach. Jadłem i łzy płynęły mi po twarzy. A kobieta, która wydawała jedzenie, powiedziała, żebym nie płakał, że już jesteśmy w domu. Ale do domu mieliśmy jeszcze kawałek. Najpierw zawieźli nas prawie nad morze. A później odezwał się brat mamy, który osiadł tutaj, na Dolnym Śląsku. I po pół roku sprowadził nas w okolice Lubania, gdzie już zostaliśmy. Tutaj też mama w osiemdziesiątym dziewiątym umarła. I taka to była nasza wycieczka na Syberię, chociaż tak naprawdę, to na Syberii nigdy nie byliśmy. Nie przekroczyliśmy Uralu, na szczęście. Ale Syberia we mnie tkwi. W nas wszystkich utkwiła na zawsze. Tutaj, puka się po głowie, uwiła sobie gniazdo. A u mnie to jeszcze wyszła w nodze. Tych sześć lat wyniszczyło tak mój dziecięcy organizm, że przez kilka lat po wojnie tułałem się od szpitala do szpitala. W jednym to chcieli mi amputować tę nogę, ale mama się nie zgodziła. Ocaliła mi nogę. Jest co prawda sztywna, ale moja, własna.- Wstaje z krzesła, prostuje się i patrzy na mnie. - Wierzyć mi się nie chce, że nas odnalazłeś. Osiem lat szukania, tyle wysiłku.

A ja patrzę mu w oczy i jest mi wstyd, że te poszukiwania trwały tak długo. Że tak późno zacząłem szukać i że kilka razy zwątpiłem w sens szukania. Że dwukrotnie stryjek musiał mnie poganiać. Raz, gdy ślad stryjka urwał mi na bezdrożach Rosji gdzieś między Archangielskiem, a Buzułukiem. Szedłem tropem stryjka i jego rodziny, o której wcześniej nawet nie wiedziałem, że istnieje i trop mi się urwał. Zaginęli w tajdze. Ponad rok poszukiwania stały w miejscu i bałem się, że to już koniec. Aż wreszcie odwiedziłem rodzinę stryja na Syberii. Dowiedziałem się, że żyją, dostałem ich adres i ruszyłem w drogę. Pociągiem, ciężarówką, a na końcu na piechotę. Dotarłem pod wskazany adres. Wieś na końcu świata. Stara, pochylona ku ziemi chałupa, drzwi prawie przywalone śniegiem. Noc, przez maleńkie okno dochodzi słaby blask lampy. Długo nie mogłem się zdecydować, mimo ogromnego mrozu spociłem się ze strachu. Ale w końcu przełamałem się i zapukałem. I obudziłem się. Pomyślałem, że może nie wszystko stracone, że trzeba szukać dalej. Ktoś dawał mi to do zrozumienia. Więc szukałem. Przez kilka miesięcy pisałem i wydzwaniałem do różnych instytucji, ale postęp był mizerny. Doszedłem do wniosku, że ten sen to była tylko nocna mara, a nie żaden znak. Powoli zacząłem się godzić z myślą, że niczego więcej już nie znajdę. Straciłem nadzieję i wtedy stryjek przyszedł do mnie w nocy i zapytał, czy już o nim zapomniałem. Nic więcej. Nikogo nie widziałem, był tylko głos. Obudziłem się zlany potem. Jeszcze raz zwróciłem się do wszystkich instytucji mogących mi pomóc. W kraju i za granicą. I w końcu ich odnalazłem. Nie na Syberii i nie na Zachodzie, ale w kraju. I teraz siedzę w domu jego syna i słucham. A jeszcze dziś spotkam się z jego córką. Po ośmiu latach poszukiwań odnalazłem dzieci stryja Antka, który tak naprawdę miał na imię Walenty.

 

 

Bronisław Kraska