Kategorie

Skarby, jeżyny i firma Otto Schleiff z Berlina









Na skrzyżowaniu skręciłem w lewo. Leśna droga była rozjeżdżona przez samochody zwożące drewno, ale wybrzuszeniem miedzy koleinami można było spokojnie truchtać. Kosturem wyciętym z krzaka leszczyny wskazałem gołe, tylko trawą porośnięte, rozrzucone wzdłuż drogi gołe place. Te puste miejsca to jest wszystko, co zostało po wiosce. Pięćset lat miała. No, jeszcze trochę gruzów zostało. I drzewa. Owocowe. Tu kiedyś rosły świetne jabłka, ale całkiem już zdziczały. I wszystkie robaczywe. Na rozłożystej jabłoni połyskiwały niewielkie, o tej porze roku jeszcze zielone, jabłuszka. A po drugiej stronie kiedyś był pałac. Właściwie dworek. Gdzieś tu musi być ta droga. Trzeba uważać, żeby nie przegapić, bo bzy rozrosły się strasznie. Uważnie przyglądałem się gęstym krzakom zdziczałego bzu, który od wojny pozbawiony ludzkiej ręki i przez lata nie przycinany, rozrastał się coraz bardziej i bardziej. I teraz tworzył zieloną ścianę, szczelnie zasłaniającą świat po tamtej stronie. O, jest przejście. Uwaga, głowa nisko! Pochyliłem się, żeby przejść pod gałęziami bzu zagradzającymi drogę. W gęstwinie było gorąco i parno. W nozdrza uderzył gęsty zaduch przegniłych, zwiędłych kwiatów, pomieszany z charakterystycznym zapachem dzikiego bzu. Zapachem, którego nigdy nie lubiłem, a który zawsze będzie przynosił wspomnienie dziecięcych zabaw na przykościelnym cmentarzu. Z twarzą tuż przy ziemi, z bliska widziałem pokryte grubym kożuchem mchu, porozrzucane kawałki cegieł i kamienie. Pozostałość bramy wjazdowej, na starej fotce całkiem okazałej. Droga też w ogóle nie przypominała tej z fotografii. Przeorana, zniwelowana, porośnięta trawą i zielskiem, ginęła stopniowo, rozpływała się w czasie. Jeszcze trochę i ślad po niej nie zostanie. Ale to dopiero za jakiś czas. Na razie jeszcze mnie prowadziła. Dzięki temu, co z niej zostało, widziałem dokąd iść. Zaczepiłem o jakiś kolczasty krzak, szarpnąłem się, odsunąłem ostatnią gałąź i wyszedłem z mroku. Wyprostowałem się, starannie otrzepałem z pajęczyn i suchych liści. Przejechałem dłonią po lewej ręce i syknąłem z bólu. Delikatnie podwinąłem rękaw. Na przedramieniu czerwieniło się świeże zadrapanie. Delikatnie wyjąłem kolec jeżyny, potem następny. Pośliniłem palec i roztarłem zbierające się na skórze kropelki krwi.





Złapałem oddech, jeszcze raz głęboko wciągnąłem powietrze i zrobiłem kilka szybkich skłonów. Wykonałem energicznie sprint w miejscu, kolanami prawie uderzając o piersi. Znowu dwa  skłony i ruszyłem przed siebie. Szybko wszedłem we właściwy rytm, wydłużyłem nieco krok, a oddech stopniowo się wyregulował Krew rytmicznie pulsowała w skroniach. Wysiłek sprawiał przyjemność. zapach lasu oszałamiał. Cisza powalała. Biegłem równym rytmem brzegiem lasu, robiłem kolejne okrążenie wokół polany. Miarowy warkot samochodu nie był odgłosem lasu. Drażnił uszy, był obcy. Ktoś jedzie na ryby. Ciekawe, na Buta, czy na Morskie Oko? Warkot przycichł na skrzyżowaniu, a potem zaczął się przybliżać. Zrównał się ze mną i przez jakąś chwilę poruszaliśmy się równolegle, ja i niewidzialny pojazd. Morskie Oko, na lina jadą. Ścieżka skręcała w lewo, oddalając mnie od samochodu. Odgłos słabł, aż całkiem przycichł. Zamarł na moment, po to tylko, by zaraz ostro, jakby konwulsyjnie się nasilić. Potem raz jeszcze. I zgasnąć. Wydawało mi się, że słyszę trzask łamanych gałęzi. Zatrzymał się i parkuje gdzieś w krzakach, odczytywałem dochodzące dźwięki i biegłem dalej. Nogi mnie jeszcze niosły, ale coś kazało się zatrzymać. Parkuje? W krzakach? Po co? Przystanąłem. Przecież tu nikt nie chodzi, grzybów jeszcze nie ma. Nikogo tu jeszcze nie spotkałem, a biegam prawie codziennie. To, co u licha, jest grane. Kto mi się tutaj wpycha? Zrobiło się jakoś dziwnie. Wszedłem w las. Nie wiedzieć czemu zacząłem uważnie stawiać stopy, żeby nie nastąpić na jakiś patyk i nie narobić hałasu. Wolno zawróciłem w stronę niewidocznego samochodu. A może to wszystko tylko mi się zdawało? Może nikt się nie zatrzymał? Na pewno! Samochód pewnie zabuksował w koleinach i odjechał, a ja nie wiadomo co sobie wyobrażam. Długą chwilę nasłuchiwałem, ale w lesie było cicho. Stary, aleś się spietrał! Prawie że chciałem palnąć się w czoło, gdy usłyszałem przytłumioną rozmowę. Trzasnął pęknięty patyk. Ktoś jednak szedł zarośniętą drogą w stronę pałacu. Nikogo jeszcze nie widziałem, ale głosy było słychać coraz wyraźniej. Były ściszone, ale wyraźne. Przykucnąłem i ostrożnie przesunąłem się za rozłożysty krzak śnieguliczki. Najciszej jak umiałem wczołgałem się pod gałęzie i ułożyłem wygodnie. Widziałem stąd doskonale całą polanę, sam pozostając niezauważalny. Jak Pan Samochodzik albo inny jakiś Kloss. Głosy były coraz wyraźniejsze i wreszcie ujrzałem czworo idących ludzi. Kobietę i trzech mężczyzn. Starych. Emeryci, jak nic. Wszyscy siwi, wszyscy w okularach. Ubrani na sportowo, w ciemne ciuchy. Dwaj w ciemnozielone wiatrówki, jeden w sztruksową koszulę. Kobieta była w brązowym swetrze. Wszyscy w dżinsach. Kobieta trzymała w rękach teczkę, czarną aktówkę. Jeden facet miał do pasa przypięty mały toporek, drugi niósł w ręku murarski młotek. Obaj mieli na sobie plecaki, do których były przytwierdzone saperki. Trzeci, trochę młodszy, bardziej szpakowaty niż siwy, przy plecaku miał krótki czekan. Jak słowo daję, taki do wspinaczki, tylko krótszy. W rękach trzymał wielki aparat fotograficzny, co chwilę zatrzymywał się i robił zdjęcie. Odniosłem wrażenie, że pstrykając, stara się, by nikt z jego towarzyszy nie znalazł się w kadrze. Metodycznie, fragment po fragmencie, zdejmował całą polanę. Gdy skierował obiektyw w moją stronę, skuliłem się i jeszcze bardziej przywarłem do ziemi. Kępa trawy, za która się skryłem, była wystarczającą osłoną. Po chwili uniosłem głowę. Szli niespiesznie, rozglądając się na boki i rozmawiali po niemiecku. Gdy to do mnie dotarło, zrobiło mi się nieswojo. Ludzie od zawsze mówili, że szwaby kręcą się koło pałacu, że ktoś ryje w grobach w lesie, że gdzieś na sąsiednią wioskę przyjechali Niemcy z NRF-u, a jak wyjechali, to za stodołą została tylko dziura, zgniłe deski i jakieś potłuczone skorupy. Każdy znał kogoś, kto to widział, chociaż nikt przy tym nie był. Słyszeli tylko. Jedna baba... A tutaj patrzcie! szwaby naprawdę idą do pałacu. Po skarby przyjechali! Krzak, który jeszcze chwilę temu tak dobrze mnie chronił, teraz zaczął przeszkadzać, zasłaniając idących. Kiedy zupełnie zniknęli mi z pola widzenia, powoli wyczołgałem się z kryjówki i, chroniąc się za drzewami, poszedłem za nimi. Rosnące leszczyny dawały świetną osłonę, a trawa głuszyła moje kroki. Sunąłem powoli. Podszedłem najbliżej, jak tylko można, ale widziałem niewiele. Pałac gęsto porastały krzaki dzikiego bzu i leszczyny, tak że resztki murów ledwie prześwitywały przez ten gąszcz. Niespodziewani goście kręcili się po ruinach. Zarośla zasłaniały ich prawie zupełnie, toteż z rzadka tylko któryś mignął w gęstwinie. Widoczna była tylko kobieta, stojąca w wielkiej wyrwie w murze, pozostałej po drzwiach wejściowych do pałacu. Dyrygowała całą resztą. Trzymała rękach jakieś papiery, co i rusz spoglądała na nie i coś mówiła w głąb ruiny. Tylko co?! skoro ja po ichniemu tylko guten morgen i haende hoch. No i jeszcze Bruner, ty świnio! O, sorry, to akurat nie po niemiecku, tylko do Niemca. Wkurzyło mnie, że nie wiedziałem o czym mówią. Ale podchodzenie bliżej nie miało sensu, bo i tak nic bym z ich szwargolenia nie zrozumiał. Dlatego, jak rasowy Pan Tomasz, wycofałem się i ruszyłem w stronę drogi. Im dalej od pałacu, tym mniej uważałem, jak idę. Nadepnięta gałąź pękła mi pod nogą, ale byłem już zbyt daleko, by ktoś mnie mógł usłyszeć. Mimo to odruchowo oglądałem się, za siebie. I tylko młody wiek i końskie zdrowie sprawiły, że nie zszedłem na zawał. Właśnie zanurzałem się w gęstwinę, by przebić się przez ścianę bzów, gdy drogę zaszedł mi stojący w ukryciu samochód. Charakterystyczny celownik samochodu wyrósł mi tuż przed gębą. Omal nie wrzasnąłem, chociaż wcale nie jestem tego pewien, czy nie. Moje wnętrzności chciały na wolność, a ja chciałem do mamy. Przez chwilę. Później krew spokojnie wracała na swoje miejsce, a ja zacząłem gorączkowo szukać wyjścia. Myśl, Kubusiu! Myśl! Ostrożnie wycofałem się tam, skąd przyszedłem, by natychmiast zanurkować ponownie. Numer! Trzeba spisać numer rejestracyjny! Uklęknąłem i przez długą chwilę sczytywałem numer. Bezgłośnie poruszając ustami powtarzałem w myślach sekwencję liter i cyfr, aż byłem pewien, że nie zapomnę. Na czworakach wycofałem się z krzaków i, omijając ten przeklęty bez, schowałem się w lesie. Nie bardzo wiedziałem co robić. Nie do końca dowierzając swojej pamięci, jak najszybciej postanowiłem zapisać ten przeklęty numer. Rozejrzałem się wokół i wybrałem dużą, starą sosnę. Odgarnąłem suche igliwie i udeptałem dokładnie ziemię. A następnie starannie, cieńszym końcem kostura napisałem numer. BF... Więcej nie pamiętam. I żałuję, że nie mam pojęcia, gdzie umieścić cyfrę „dwa”, która była tam na pewno. Odległy stuk, stłumiony okrzyk, czy tez jakiś inny odgłos przypomniał mi o ludziach w pałacu. Od momentu bliskiego spotkania z mercedesem nie zachowywałem się chyba zbyt ostrożnie i teraz nie wiedziałem, czy na pewno ktoś mnie nie zauważył. Ukryłem się za drzewem i zacząłem nasłuchiwać. Wszystko było w porządku. Z pałacu dochodziły jakieś odgłosy – niespodziewani goście rozgościli się tam w najlepsze. Nie miałem planu, co dalej. Pewnie trzeba będzie zaczekać, aż sobie pojadą. Która może być godzina? Chyba dopiero zbliżała się trzecia, bo słońce było ciągle wysoko. Piękny dzień, prawie żadnej chmurki. Od patrzenia na jasne niebo pociemniało mi w oczach. Przez chwilę stałem porażony blaskiem .Tutaj na dole, stary sosnowy las był ponury i ciemny. Straszny. Zrobiło się jakoś dziwnie nieprzyjemnie. Otrząsnąłem się. I wtedy poczułem czyjąś obecność. Ktoś stał gdzieś z tyłu i mnie obserwował. Wiedziałem to. Poczułem jego wzrok na plecach. Niby jest to niemożliwe, ale ja czułem jego wzrok. Skamieniałem. Nie miałem pojęcia, co dalej. Przeczekać. Przeczekać, złe minie. Dwa wieki później swobodnie, jakby od niechcenia, wolno odwróciłem głowę. Nikogo. Jeszcze raz. I znowu nic. Przywidziało mi się. Trzeba się zbierać, a szwaby niech sobie robią, co im się podoba. Dynda mi to. Ja spadam. Odwracając się, kącikiem oka zobaczyłem go. To nie było przywidzenie. Pod wielkim świerkiem ktoś stał. Nie dochodził tam żaden promyk słońca i było kompletnie ciemno. Ale w tym mroku widziałem niską, krępą postać. Coś lub kogoś. W długim płaszczu i kapeluszu. To nie było przywidzenie, nic mi się nie zdawało! Ten ktoś tam był, cały czarny. I wolno podnosił rękę. Nie zważając na nic, zupełnie odruchowo, rzuciłem się w bok i zacząłem biec przed siebie. Usłyszałem za sobą suchy trzask, ale nawet się nie obejrzałem. Strach kazał mi uciekać, rozum nie chciał wyjaśnić, przed kim i dlaczego. A może i chciał, ale czasu na to nie było. Gnałem, ile sił w nogach, byle jak najdalej. Miękka ziemia tryskała mi spod nóg, zaczepiałem o jakieś gałęzie. Dobiegłem do wielkiej kępy krzaków, ale nawet nie pomyślałem, żeby ją ominąć. Naparłem na nią całym ciałem i wszystko się urwało. Rosnące na skraju dużej skarpy krzaki tylko troszeczkę wyhamowały mój impet. Wzbiłem się w powietrze, oderwałem od ziemi. Na filmach wygląda to świetnie, ale tak na żywca jest do bani. Lądowanie nie było przyjemne. Z całą siłą walnąłem o ziemię. Lewym kolanem wyrżnąłem o jakiś konar i zobaczyłem gwiazdy. Na serio. W oczach miałem łzy, łokieć był otarty, kolano bolało jak cholera. I paraliżował mnie strach. Przez chwilę nie wiedziałem, co dalej. Tylko przez chwilę. Nie ma mowy, żeby mnie dopadli. To jest mój las, nie na darmo biegam tu od miesiąca. Utykając ruszyłem dnem uskoku. Uważnie patrzyłem pod nogi. Uskok wkrótce zmienił się w wąwóz. Najpierw niewielki, potem coraz większy. Aż w końcu biegłem jego dnem, zupełnie niewidoczny dla tych w lesie. Nadłożyłem tak ze dwa kilometry, ale było bezpiecznie. Nawet nie wiem, kiedy zaczął padać deszcz. Drobny, ale intensywny letni deszcz. Do domu dotarłem skonany. Brat ze zdumienia upuścił kromkę chleba. Podniósł ją, położył na stole i zaciągnął mnie do lustra. Przeraziłem się. Bo i było się czego bać. Wyglądałem jak upiór – gęba pokryta maską z błota i krwi, fantazyjnie poprzecinaną strużkami potu. Przekrwione oczy wyzierały z tej breji jak dwa kratery. Włosy zmiędlone w jeden kołtun, zlepione potem i deszczem, poprzetykane jakimiś badylami i trawą. Na prawym ramieniu koszulka była rozdarta i zlepiona krwią. Gustowne kozaczki z błota sięgały mi do kolan. Ciekawe, czy ktoś mnie widział po drodze, ja w każdym razie nie widziałem nikogo. Zrzuciłem z siebie wszystko w korytarzu i w samych gatkach poszedłem do łazienki. Brat za mną. Rad nierad zacząłem opowiadać. Słuchał uważnie, dwukrotnie przerywając tylko krótkim – Pieprzysz! Mój wzrok przekonał go, że nie mam ochoty na żarty, więc potem już tylko kręcił głową. Wątpię żeby mi uwierzył, ale gdy skończyłem, kazał mi się zbierać. Moją uwagę, że nigdzie nie jadę zbył bez słowa i poszedł wyprowadzić motor. Zbierając zostawione przeze mnie ciuchy, mamrotał coś o mordzie, którego matka niechybnie dokona. Jechał jak jaki głupi i nie wiem, czego bardziej się bałem przez całą drogę – naszego szalonego crossu, czy powrotu w tamto miejsce. Wydawało mmi się, że jazda zajęła nam chwilkę. Do pałacu zostało jeszcze jakieś trzysta metrów, kiedy brat, przy zjeździe z górki, wyłączył motor i cichaczem sunęliśmy w dół. Przy starym cmentarzu brat przyhamował i omal się nie wyłożyliśmy na mokrej trawie. Wjechaliśmy w krzaki i brat wepchnął emzetkę w gęstwinę. Bez słowa ruszyliśmy przed siebie. Skradaliśmy się najciszej, jak to było możliwe. Przy pałacu nie było nikogo. Obeszliśmy go dookoła dwa razy, ale niczego nie zauważyliśmy. Nic. W ruinach nie było żadnych świeżych śladów, żadnych połamanych gałęzi, czy rozkopanej ziemi. Liście nie były podeptane, a resztki murów Popatrzył na mnie i znacząco skinął głową, jakby chciał spytać, gdzie się podziały te moje szwaby? Ani śladu. Poszliśmy drogą w stronę bzów, tą samą, na której ledwie trzy godziny temu widziałem tę czwórkę. Też nic. Wtedy odezwał się po raz pierwszy od wyjazdu z domu i zapytał, gdzie stałem. Głową wskazałem kierunek. Po minucie byliśmy na miejscu. Wskazałem palcem starą  sosnę. Podszedł, pochylił się, podnosząc się rzucił – Dziki. Podszedłem wściekły mówiąc – Dupa, nie dziki! – i zbaraniałem. Ziemia pod drzewem była gruntownie zbuchtowana. Żadnych liter, żadnych cyfr. Po numerze ani śladu Tylko świeże ślady dzika. Niczego nie rozumiałem. – O tej porze? – rzuciłem trochę bez sensu. Wzruszył obojętnie ramionami, ale raz jeszcze rozejrzał się wokół drzewa i nagle coś zobaczył. Nachylił się i delikatnie podniósł długi wiór. – Świeża – jego głos nie był zbyt pewny. Zaczęliśmy wzrokiem szukać miejsca, skąd pochodzi szczapa. On pierwszy zobaczył świeżo wyrąbany lej w pniu starej sosny. Lekko z boku drzewa, trochę ponad naszymi głowami, z pnia ziała dziura, w którą dwie pięści można było włożyć. – Niby gdzie drwa rąbią, to wióry lecą, a tu tylko jeden mały wiórek. Reszta sobie poszła? – żartował, ale było widać, że traci rezon. – Jak myślisz, co stąd wydłubali? – rzucił nagle, ale chyba nie oczekiwał odpowiedzi. Kiwnąłem głową na potwierdzenie, że myślimy o tym samym. Jeśli ktoś tu rzeczywiście strzelał i zadał sobie tyle trudu, by usunąć ślady, to nie pukał z kaniflorków i nie był raczej harcerz. – Spadamy – nawet nie wiem, który z nas to powiedział. Ruszyliśmy szybko w stronę motoru. Już na starcie wlazłem w jakąś dziurę i runąłem w chaszcze. Zakląłem szpetnie wcale nie po francusku i spojrzałem na podrapaną do krwi rękę.


– Cholerne jeżyny! – próbowałem wyciągnąć kolejny kolec wbity w rękę. Nie szło. Spróbowałem zębami, ale bez skutku. Czarna zadra tkwiła głęboko Przydusiłem palcem i syknąłem z bólu. Wbita drzazga przeszkadzała tak strasznie, że trzeba było ją natychmiast usunąć. Wyciągnąłem więc scyzoryk z kieszeni spodni, otworzyłem małe ostrze i zagłębiłem je w ręce Przy drugim podejściu udało mi się wydłubać kolec. Na dłoni pojawiła się plamka krwi, która zaczęła  szybko rosnąć. Wytarłem krew chusteczką i mocno nacisnąłem rękę kciukiem. Do bólu. Przytrzymałem, aż plama krwi przestała się powiększać. Raz jeszcze obtarłem rękę chusteczką, później owinąłem ją, przykładając do rany mniej brudny fragment chustki. I dołączyłem do pozostałych. Od rana urzędowaliśmy w ruinach i każdy był śmiertelnie czymś zajęty. Jeden przerzucał ostrożnie kamienie i zmurszałe cegły, inny próbował odgruzować zasypane piwniczne okno, a trzeci z namaszczeniem oczyszczał prawie nieuszkodzoną posadzkową płytkę. Spojrzałem na wychodzący powoli spod warstwy brudu delikatny wzór zdobiący kafel, ale ten chytrus schował swoje znalezisko za plecy. – Wypchaj się – warknąłem i zaczepiłem lewą ręką o wyrosłe w ruinach drzewko dzikiego bzu. Syknąłem z bólu i puściłem mimo uszu uwagę o karze Pana Bozi. Podszedłem do brata. Bez określonego celu łaził po pałacu, zaglądając to tu, to tam i nad czymś główkując. – Szukali czegoś w budynku – mamrotał do siebie – W budynku. Nie na zewnętrz, tylko tu. W budynku. Ale gdzie? Widać było, że nawet on nie ma pojęcia, co dalej. Niemcy czegoś szukali w pałacu i raczej tego nie znaleźli, bo ich przypadkiem wypłoszyłem. Szukali skarbu, to oczywiste. bo czegóż innego mieliby szukać. I my postanowiliśmy znaleźć skarb, zanim oni wrócą. Stąd ta wyprawa. Skrzyknęliśmy się od razu, zebraliśmy całą paczkę, sprzęt, worki na skarby i jesteśmy na miejscu. Od rana. Prawie cały dzień. I nic. Zapał z czasem malał. Coraz to nowe pomysły chybiały i teraz utknęliśmy w miejscu. Zmęczeni i kompletnie zniechęceni. – Trzeba ostukać ściany. Widziałem na filmie – znalazca kafla wypalił znienacka – Jak jest puste, to słychać. Dzięcioły też tak robią – rzucona niespodziewanie złota myśl wyrwała wszystkich z odrętwienia. Jak zwykle, pierwszy zareagował brat. – Ty, dzięcioł! W baniak się puknij, to dopiero będzie słychać – zanieśliśmy się rechotem i jeszcze długo nabijaliśmy z kolegi. Ktoś zauważył, że coś jednak odkryliśmy i aż trudno uwierzyć, że zwykły dzięcioł mógł się tak długo ukrywać. Biedak gotów był wracać do domu, choćby w pojedynkę. Bratu chyba zrobiło się go trochę żal, bo, jakby idąc za jego radą, zaczął przyglądać się resztkom ścian. Po chwili wszyscy się do niego przyłączyli. Wróciło w nas życie. Prześcigaliśmy się w pomysłach, gdzie mogłaby być umieszczona skrytka. Ktoś rzucił myśl, że chyba najlepsza byłaby piwnica. Ta jednak była zupełnie zawalona gruzem, kamieniami, potłuczonymi dachówkami i szkłem, spróchniałym drewnem oraz ziemią, Tym, co pozostało z pałacu i co od siebie dołożył las. Spoglądaliśmy w dół i widząc, że w tym, co pozostało z piwnicy szukać się raczej nie da, jakoś tak bez słowa, zaczęliśmy przyglądać się ścianie na zburzonej klatce schodowej do piwnicy. Pewnie dlatego, że jako jedyna w całym pałacu była dość duża. Miała jeszcze blisko dwa metry wysokości i prawie kompletne tynki. A pod tynkiem skarby! Zaczęliśmy w nią pukać. Najpierw nieśmiało, później coraz mocniej. Nie bardzo patrzyliśmy na efekty naszego stukania. Waliliśmy nasłuchując pustego. A potem już tylko dla samego walenia. Bez opamiętania. Aż zaczęliśmy pluć pyłem i kurzem. W ustach mieliśmy mdły smak tynku. Ohyda! Wyszliśmy z unoszącego się tumanu wapiennego pyłu. Nie bardzo rozumieliśmy, jak można tak ogłupieć. Pył powoli opadał, nasze emocje także. Dochodziliśmy do siebie. I wtedy brat podszedł do ściany. – Młotek! – wyciągnął do tyłu rękę. Poprawił w ręce podany młotek i podszedł jeszcze bliżej. Zobaczyliśmy to, co on widział już od chwili – w jednym miejscu tynk pękł równiutko, jakby od linijki, a raczej od ekierki. Szczelina w tynku rysowała się pod kątem prostym, leciała dalej równo, by zaraz potem znowu się załamać pionowo w dół. Wziął zamach i uderzył. Stuknęło. Wszyscy byliśmy pewni, że tak jakoś pusto. Gdy pył nieco opadł, walnął ponownie. I jeszcze raz, tylko teraz już lżej. Tynk odpadł równym płatem i ujrzeliśmy gładką powierzchnię. Z resztkami jakiegoś papieru, czy tektury. Tam naprawdę coś było. Staliśmy jak wryci. Brat wrócił do odbijania tynku, ale teraz robił to już bardzo ostrożnie. Raz uderzył mocniej, młotek nie trafił w tynk i  głośno zadźwięczał. – Jakiś metal – powiedział cicho i dalej odkuwał. Po jakimś czasie odrzucił młotek i zaczął zdrapywać delikatnie stary papier. Gdy skończył, odsunął się i wszyscy ujrzeliśmy efekt jego pracy. W ścianie tkwił metalowy prostokąt, coś jakby ściana jakiejś skrzynki. Sejf? Przy lewej krawędzi, w połowie wysokości, papier, którym ktoś osłonił skrytkę, zanim ją zamurował, przywarł i nie pozwalał się oderwać. – Wody, dajcie trochę wody! – brat się odwrócił i było widać, że jest podekscytowany. Ktoś złapał kankę z przywiązanym do niej sznurkiem i pobiegł w kierunku starej, bardzo głębokiej studni. Wrócił po chwili, głośno sapiąc. Brat wyjął chusteczkę do nosa, polał ją wodą i mocno wycisnął. Podszedł do ściany, a my wszyscy przytuliliśmy się do niego najbliżej, jak to było możliwe. Zdawało się, że nasze oddechy poruszają jego włosy. Nic sobie z tego nie robiąc, mokrym gałgankiem zaczął trzeć. Papier zszedł prawie zupełnie i zobaczyliśmy wyraźną szczelinę wokół drzwiczek. Brat wypłukał chusteczkę i czyścił dalej. Zajął się ciemną plamą po lewej. Tarł i tarł, aż w końcu przyklejony placek papieru puścił. Z trudem można było dostrzec mały prostokącik z taką samą szczeliną, jak ta wokół drzwiczek. Brat wyczyścił dokładnie całą powierzchnię. Odwrócił się czegoś szukając. Podałem mu scyzoryk, skinął głową z aprobatą i bez słowa włożył ostrze w szczelinę wokół drzwiczek. Ostrożnie jechał scyzorykiem dookoła. Później chciał zrobić to samo z tą mniejszą szczeliną. Na siłę chciał wcisnąć ostrze, ale nic z tego nie wychodziło. Bezskutecznie próbował w różnych miejscach. I nagle stało się coś dziwnego – ostrze zgrzytnęło i prostokącik odskoczył. Nie odpadł jednak od drzwiczek, tylko sterczał z nich teraz, odsłaniając czarną otchłań, a w niej dziurkę od klucza. Kurde balans! to naprawdę był sejf. Brat złapał za wystająca z drzwiczek klapkę tak świetnie maskującą dziurkę od klucza i szarpnął. Potem jeszcze raz, ale drzwiczki ani drgnęły. – Klucza nie ma – rzucił zrezygnowany, a my, jak na komendę zaczęliśmy rozglądać się wokół, tak jakby ten klucz tyle co komuś upadł. Brat parsknął – Idioci – i wszyscy zaczęliśmy się z siebie śmiać. Napięcie ostatnich minut z nas zeszło i teraz odreagowywaliśmy. Po długiej chwili wiwatów, okrzyków, stwierdzeń bez sensu i głupich rad, ktoś rozsądnie stwierdził, że sejfu nie można tak zostawić. A skoro nie można go otworzyć, to trzeba go wyrwać ze ściany. W pierwszej chwili wydawało się to absurdalne, ale w efekcie okazało się to łatwiejsze, niż pierwotnie sądziliśmy. Zdjęliśmy ze trzy warstwy cegieł nad sejfem, do tego po kilka cegieł z każdej strony i, we dwóch z bratem, wzięliśmy się za wyciąganie sejfu ze ściany. Mimo bolącej ręki, nie pozwoliłem nikomu zająć mojego miejsca. Mowy nie ma! W końcu to ja wyśledziłem szwabów! I nie po to tyle razy wyrżnąłem się tutaj jak długi i podrapałem pysk i obie łapy, w tym lewą dużo mocniej, żeby ktoś mnie teraz wykolegował, a ja jak głupi jaki patrzył, jak on mój skarb wyciąga. Głosy niezadowolenia zbyłem lekceważącym machnięciem ręki i wdrapałem się na mur. Usadowiłem się na szczycie. Brat ukląkł naprzeciwko i, na jego komendę, zaczęliśmy szarpać żelastwo. Ręka bolała jak cholera, ale to mnie wcale nie zrażało. Targałem jak wściekły. Z początku szło trochę opornie, żelastwo ani drgnęło. Ale kiedy w końcu kotwy. wmurowane w ścianę, pod naporem naszej siły puściły, skrzynka wyskoczyła. Poleciały cegły, posypał się tynk i kurz. Brat, który szarpał o wiele mocniej, zachwiał się, stracił oparcie i w ostatniej chwili zeskoczył z muru. Całym sobą przycisnąłem zdobycz, żeby nie poleciała w ślad za nim W środku coś głośno zastukało. Trzymałem skrzynkę prawą ręką, drugą, mocno obolałą, ledwie sobie pomagając. Skrzynka była ciężka. Mimo bólu potrząsnąłem nią i ze środka znowu dobiegł głuchy stukot. Sejf nie był pusty. Znowu wybuchł tumult, wiedzieliśmy już, że w środku jest pełno skarbów, a my będziemy bogaci. Ba, już jesteśmy! Któryś wyciągnął ręce i odebrał ode mnie skrzynię. Ta przechodziła teraz z rąk do rąk, wzbudzając niekłamaną radość u każdego z odkrywców. Zsunąłem się z muru i dopiero wtedy dotarło nas, że zbyt cicho to się nie zachowywaliśmy. Brat skinął głową i dwaj kolesie ruszyli na zwiady. Obeszli po cichu całą polanę. Na szczęście nikogo w pobliżu nie było i nasze dzikie wrzaski uszły nam na sucho. – Ani żywej duszy – zameldowali i mieli wyjątkowo głupie miny, gdy brat zapytał o martwe. Po chwili pojęli o co idzie i też wybuchnęli śmiechem. Ręka bolała mnie coraz bardziej i zostałem zwolniony z dalszych obowiązków. Przyglądałem się tylko, jak reszta pakowała wszystko do drogi. Później wzięli się za osuwanie śladów naszego sukcesu, ale nie było to łatwe. Nijak nie można było uzupełnić wielkiej wyrwy, więc dziura po sejfie została powiększona, tak by nikt nie poznał, że coś tam było. Później brat zasypał całość gruzem i wyraził nadzieję, że deszcz zrobi resztę. Ruszyliśmy w drogę. Zdobycz, owiniętą w czyjąś bluzę i zapakowaną do worka, wszyscy nieśli na zmianę. Jako kontuzjowany, nie musiałem niczego dźwigać, a mimo to ręka, tyle razy w ostatnim czasie wystawiana na ciężką próbę, bolała coraz bardziej. Pomny tego, co się stało wcześniej, szedłem wyjątkowo ostrożnie. Wlokłem się na samym końcu, patrząc pod nogi przy każdym prawie kroku. I, o dziwo, nie wlazłem w żadne jeżyny.


Kręciliśmy się niecierpliwie. Co chwilę ktoś pytał o godzinę, ktoś inny ukradkiem patrzył na zegarek. Nie chcieliśmy dać po sobie poznać, ale oczekiwanie doprowadzało nas do rozpaczy. Już dwa tygodnie byliśmy posiadaczami wielkiego skarbu, ale ciągle nie wiedzieliśmy, jak jest on wielki. Cały czas jeszcze mieścił się w stalowej skrzynce wyciągniętej ze ściany, a ta nie urosła przez ten czas ani trochę, ani też nic z niej nie ubyło. Była nietknięta. Tyle lat tkwiła w murze, to może cierpliwie poczekać jeszcze. My  cierpliwość straciliśmy na samym wstępie. Zanieśliśmy ją do warsztatu ojca i próbowaliśmy się do niej dobrać. Przymierzyliśmy kilka kilogramów kluczy, najpierw je zbierając na różne sposoby po całej wsi. Pożyczaliśmy, wymienialiśmy, a nawet kupowaliśmy. Kiedy ktoś głupio pytał, po co nam stare klucze, odpowiadaliśmy tajemniczo, że przygotowujemy się na Andrzejki. Tydzień starań i umizgów poszedł psu na budę, bo ani jeden kluczyk nie pasował. Sto trzydzieści dwa klucze, sztuka po sztuce, komisyjnie przymierzone do dziurki. większość wetknięta, nieliczne nie. Niektóre z wetkniętych wyjęte z największym trudem. Dwa, w tym jeden od naszego kredensu, w kawałkach. Kiedy akcja z kluczami nie  wypaliła, przeszliśmy na wytrychy. Próbowaliśmy po kolei, jeden po drugim. Skutek żaden. Kiedy jedynie podrapaliśmy drzwiczki, brat się wściekł i był bliski rozgonienia towarzystwa. Główkowaliśmy. Każdy zgłaszał naprawdę doskonałe rozwiązania i nie mogliśmy pojąć, dlaczego skrzynia ciągle jest nietknięta, a my nie pławimy się w luksusie. Ale cały czas próbowaliśmy. Po złamaniu dwóch brzeszczotów i zniszczeniu ze trzech śrubokrętów, przyszła pora na rozwiązanie siłowe. Zgłoszona już na samym początku przez Dzięcioła, opcja walnięcia młotem wydawała się jedynym sposobem. Brat był temu przeciwny, z uwagi na, jak mówił, możliwość zniszczenia zawartości. Ale my, dużo młodsi od niego, uważaliśmy, że jest to jedyne wyjście. Pod naciskiem tłumu brat ustąpił i zarządził głosowanie. Przegrał. Wytargował tylko tyle, że walnięcie miało być umiarkowane i pod jego kontrolą. Dzięcioł, jako autor pomysłu, miał dostąpić zaszczytu otwarcia. Niecierpliwie zaczął dopytywać się gdzie jest młot. Brat wyraził się jasno, kto tutaj jest młot i zgodził się jedynie na kilogramowy stolarski młotek. – W to miejsce – brat wskazywał palcem mały krzyży  narysowany kredą w narożniku sejfu – Raz i nie mocno – brat wycedził przez zęby, ale koleś był już w innym wymiarze i chyba nic do niego nie docierało. Oczy my lśniły, na czole pojawiły się krople potu, głośno przełykał ślinę. Z namaszczeniem ujął młotek w obie dłonie, ścisnął tak, że z trzonka popłynęły soki, na błagalne spojrzenie brata pokiwał głową, że spokojnie, że wie co ma robić. Wszystko pod kontrolą! Przytknął młotek do znaku na blasze, uniósł ręce w górę, i, zupełnie niespodziewanie wydał z siebie indiański okrzyk bojowy, zakręcił w powietrzu młotkiem młynka i z całej siły walnął. Trochę jakby poza kontrolą. Trafił idealnie w środek sejfu. Huk był taki, jakby świat się walił. Sejf zakołysał się na warsztacie i spadł na beton. Trzask i jakiś dziwny rumor dochodzący ze środka metalowej skrzyni zmroził nas do szpiku. Przerażeni wpatrywaliśmy się w nasz majątek, nie mogąc wydusić słowa. A ten biedak leżał sobie na podłodze. Ani troszeczkę mniej zamknięty, niż przed barbarzyńskim atakiem tego wandala. Potraktowana tępą siłą górna ścianka sejfu wgięła się pewnie o jakieś dwa centymetry. Ale nie puściła. Brat, blady jak płótno, wpatrywał się w tę ranę, A kiedy Dzięcioł, z wypiekami na twarzy i ciągle jeszcze z młotkiem z ręce, wskazał palcem swoją ofiarę i bezgłośnie spytał, czy poprawić, brat się ocknął. Wolno omiatał wzrokiem warsztat, czegoś szukając. Znalazł i jego wzrok się zatrzymał. Wszyscy popatrzyliśmy w to miejsce i oniemieliśmy z przerażenia. Duża, zakrzywiona siekiera ciesielska, ta której ojciec nawet nie pozwalał mi dotknąć, a która zawsze kusiła mnie swoim kształtem topora spod Grunwaldu, wisiała majestatycznie na ścianie, podtrzymywana przez dwa wielkie gwoździe wbite w belkę. Brat wolno wyciągał rękę. ale Dzięcioł był szybszy. Mózg mu spracował jakby był nie jego. – Nie żartuj!– rzucił udając luz i siląc się na uśmiech, ale kiedy zobaczył że brat ma w oczach mord i jak automat sięga ku ścianie z narzędziami, zwątpił. Popatrzył na młotek w race, potem na ścianę. Znowu na młotek i znowu na  siekierę. Analizował. Młotek kontra topór. Myślał tak intensywnie, że na czole pojawiła mu się głęboka, pionowa bruzda. I podjął decyzję. Walnął młotkiem pod warsztat i z wrzaskiem – Chyba ocipiałeś! – wypadł z warsztatu. Gdyby drzwi były zamknie, pobiegłby razem z nimi. Albo wybił w nich dziurę. Donald tak zawsze robił. Brat chciał ruszyć za nim, ale go przytrzymaliśmy. Miotał się jak w sieci, wściekle dysząc. Trzymaliśmy mocno. Zrezygnowany, wyszarpnął tylko jedną rękę i, wygrażając pięścią wrzeszczał w ślad za uciekinierem – I żebyś mi tu więcej się nie pokazywał! Ty! Ty! Ty młocie historii jeden! Kiedy się odwrócił, był zupełnie spokojny i wiedział, co trzeba robić. – Koniec z tymi pizdrykami! – wskazał na rozrzucone na blacie klucze i druty. –  Młotek podnieś – rzucił do mnie, a sam podniósł sejf, zakołysał nim, lekko otrząsając się na niepokojący dźwięk dochodzący ze środka. – Skarb nam zniszczył –  jęknął, ale zaraz się opanował i dalej ciągnął, jak gdyby nic się nie wydarzyło – Trzeba tu przywieźć Kasiarza. Ze Lwowa. – Jak ty go chcesz stamtąd przywlec? Przecież to w Sowietach –  wypaliłem. A on walnął mnie w czoło. – Z Jakich Sowietów, matole! Ze Szczecina! Mówi się „ze Lwowa”, bo lwowscy kasiarze są najlepsi. Ale co oni by teraz we Lwowie kradli, jak tam jeden bank. Oni teraz we Wrocławiu. Albo Szczecinie. Jeden, słyszałem, urzęduje na Turzynie. Tylko dostać się do niego nie jest łatwo. Trzeba mieć dojście. Ale skąd? – zmarszczył brwi i kiwał głową.


Znalazł. I dzisiaj wreszcie sezam się otworzy. Pociąg już przyjechał, jego gwizd słyszeliśmy blisko dziesięć minut temu. Już dawno powinni być. – Jadą! Jadą! – Dzięcioł biegł z ulicy przez podwórze, wrzeszcząc jak opętany. A zaraz za nim, cichuteńko, na podwórze wtoczyła się emzetka. – Dobrze chodzi – zupełnie siwy staruszek wolno zdejmował kask, z podziwem patrząc na motor. Poklepał siodełko. – Dobra maszyna. Szwabska – pokiwał głową z uznaniem. Brat wprowadził go do warsztatu. Niewielkie pomieszczenie, zastawione narzędziami oraz opartymi o ściany deskami i wiązkami listew z trudem mieściła naszą piątkę. Dziadek wskazał nas skinieniem głowy, jakby chciał się spytać, czy matka więcej nas nie miała, ale brat, bez słów, wzruszając ramionami, odpowiedział, że nikogo przepędzić się nie dało. Niechby spróbował! W końcu skarb był nasz wspólny. Nawet Dzięcioł, choć wandal i barbarzyńca, miał takie samo prawo jak i pozostali. Najwyżej mu się za szkody potrąci. Brat ręką kazał nam się odsunąć, posłusznie zrobiliśmy miejsce przy warsztacie. Przybyły przywitał się z nami i z miejsca zabrał się do rzeczy. – Nie ma na co czekać, czas to pieniądz. My, specjaliści bankowi wiemy to najlepiej – zarechotał, ale my byliśmy zbyt podnieceni oczekiwaniem i nie zrozumieliśmy żartu. – A propos pieniądza – spojrzał pytająco na brata. Ten skinął na mnie i przystąpiłem do akcji. Z namaszczeniem odliczyłem cztery tysiące, wielokrotnie próbując palcami, czy przypadkiem jakiś banknot się nie skleił. Podałem pieniądze przybyszowi, ten rzucił krótkie – Zgadza się – i schował je do wewnętrznej kieszeni marynarki. Patrzyłem, jak w jej głębi znikają nasze wszystkie najbardziej tajne oszczędności i dwa tygodnie pracy ojca który, aby dać nam te pieniądze, zostawał w warsztacie dzień w dzień do późnej nocy i robił jakieś dodatkowe zlecenia. Nasze zapewnienie, że zwrócimy wszystko co do grosza z naszego skarbu, zbył machnięciem ręki. Tymczasem nieznajomy policzył nas, wskazując każdego palcem, potem wskazał na siebie, głośno podał wynik – Sześć! Szósta część dla każdego – dorzucił i z niewielkiej torby wyciągnął mały drewniany przybornik z narzędziami. Zatarł ręce i zabrał się do rzeczy. Brat zdjął starą szmatę i odsłonił nasz sejf. Mistrz odpędził nas od warsztatu tak, jak się odpędza muchę i kazał się nam odwrócić. Niecierpliwie machnął ręką raz jeszcze, kiedy ociągaliśmy się z wykonaniem bezgłośnej komendy. Listewka, po którą sięgnął brat, była argumentem przełamującym opór. Staliśmy w kącie, podglądając, co się dzieje. Bankier oglądał dokładnie skrzynkę, przesuwał ją po warsztacie. potem delikatnie uniósł i potrząsnął. Zagruchotało, a my się wzdrygnęliśmy. Odłożył pudło, ukląkł przy warsztacie i otworzył klapkę maskującą zamek. Wydął wargi, przez twarz przemknął mu uśmiech. – Berliński. Niezły – pogrzebał w swoim przyborniku i wyciągnął plik powyginanych drutów, spiętych razem. Wybrał jeden i wsadził w otwór. Pogrzebał. Wydawało się nam, ze coś zgrzytnęło w zamku. Zmienił wytrych. Zgrzyt. Nowy wytrych. Pokręcił głową z dezaprobatą. Zmiana ostrza. Zgrzyt. Zmiana. Potem znowu. I jeszcze raz. Bez końca. Z wrażenia staliśmy na bezdechu. Gdyby to trwało choć troszkę dłużej, wszyscy byśmy się podusili. Ale na szczęście dla nas coś w końcu stuknęło jakby głośniej i kasiarz się uśmiechnął. – Mój ci on! – wyszczerzył zęby i wstał z klęczek. Odwrócił się w naszą stronę i, jak aktor na scenie, z poczuciem dobrze odegranej roli, z triumfem na twarzy, lekko się kłaniając, szerokim gestem prawej ręki – Voila! – zapraszał nas do stołu. Pociągnął drzwiczki. Puściły. Z wolna się rozchyliły i bramy sezamu stały teraz otworem. Brat delikatnie przesunął sejf na bok i rozścielił na warsztacie tę samą szmatę, którą sejf był wcześniej przykryty. Głęboko odetchnął, wziął sejf w obie ręce i, wznosząc oczy w górę, delikatnie wysypał nasz skarb.  Zawartość z głośnym stukotem wypadła na pokryty materiałem warsztat. – Złoto – rzucił ktoś na odgłos wydawany przez jakieś ciężkie metalowe sztabki, z brzękiem spadające na stolarski stół. Patrzyliśmy jak urzeczeni. Nad warsztatem unosił się tuman pyłu. Brat zaczął przeganiać kurz ręką, ale niewiele to pomogło. Kurz powoli opadł. I w końcu mogliśmy dojrzeć nasze znalezisko. Staliśmy jak te dzbany. Każdy zdumiony do szczętu, ale każdy na swój sposób. Dawno nie widziałem twarzy tak inteligentnych inaczej. Nie widziałem swojej, ale z  pewnością mądrzejszej miny nie miałem. – No tośmy zarobili! Taaak! Teraz to dopiero jesteśmy bogaci! – brat uśmiechnął się gorzko. Nam też do śmiechu wcale nie było. Na warsztacie leżała sejfowa półka, a na niej kompletnie wymieszane dalsze części sejfu, zbutwiała książka, chyba stary różaniec i jakieś drobne monety, czy medaliki. Spod półki wystawały jakieś banknoty. Stare. I gazeta, też stara. Całość uwalana jakimiś pokruszonymi skorupami i glinianym pyłem. I to wszystko. Podszedłem do stołu. Delikatnie zacząłem wyjmować nasz skarb z tej kupki gruzów, otrzepywać go i delikatnie układać na boku. Dopiero potem wszystko dokładnie obejrzałem. Rzecz po rzeczy. Głośno komentowałem znalezisko, a z tyłu nie było żadnej reakcji. Zbutwiała książka była chyba jakimś pamiętnikiem czy dziennikiem. Skóra, w którą była oprawiona przegniła zupełnie, rozpadała się w palcach i pachniała nieświeżo. Wilgoć posklejała kartki w jedną błotnistą masę. Bardziej można się było domyślić, niż zobaczyć, że były ręcznie zapisane atramentem. Z trudem można było odcyfrować pojedyncze litery. Dla kogoś kiedyś to było cenne. Tak cenne, że zamknął to przed światem. Na zawsze. Pewnie tak cenne jak i ten różaniec, teraz zupełnie zniszczony. Łańcuszki pordzewiały, spróchniałe drewniane paciorki kruszyły się w palcach. Lewe ramię krzyżyka było ułamane. Ruina. Mały medalik, chyba cynowy, korozja tak zżarła, że nie sposób było odcyfrować, kto na nim był. Nie wiadomo też, kogo miał chronić. Jedynie monety, sześć jednopfennigówek, zachowały się całkiem przyzwoicie. Cóż było w nich takiego, że ktoś je tak dobrze ukrył? Sprawdziłem, złote nie były. Gliniany gruz był pewnie kiedyś jakąś figurką, ale nigdy nie dowiedzieliśmy się, co przedstawiała. Uwierzyliśmy majstrowi na słowo, że nie ma czego żałować, bo żadna chińska terakota nie była. W doskonałym za to stanie zachowała się półeczka i cztery żelazne podpórki. Ich czas w ogóle nie tknął. To one pewnie tak brzęczały i przez chwilę były dla nas szczerozłotymi sztabkami. Ale na koniec pozostał prawdziwy majątek, zawinięty w gazetę Liczyłem głośno. Dwieście osiem tysięcy trzysta marek. W banknotach po sto i tysiąc marek. Wszystkie w niebieskim kolorze, setki trochę ciemniejsze. Jedne i drugie niebieskie. Sine, jak je określiła mama, jakby je ktoś jeżynami wymazał. Z tysiąc dziewięćset ósmego i dziesiątego roku, sprawdziłem daty. Wartość banknotów odeszła w niebyt wraz z cesarstwem pana Wilusia, jak to określił nasz specjalista. Liczył coś w pamięci i dodał – Jakaś złotówka za pięć sztuk, nie więcej. Razem jakichś pięć dych. Zarobiliśmy po bochenku chleba. A kiedyś można było za to kupić kamienicę. W Szczecinie. – Poproszę moją dolę – staruszek wyrwał nas z odrętwienia. Popatrzył na rozrzucone na warsztacie rzeczy, więc zacząłem dzielić znalezione pieniądze na sześć kupek. Liczyłem starannie, nie zważając na to, że kazano mi się wypchać, a ktoś rzucił we mnie kawałkiem drewna. Wyszło nierówno, jednemu przypadała stówa więcej. Gdy skończyłem, wziąłem największą działkę i podałem kasiarzowi. Ten wsadził rękę do kieszeni, wyjął włożone tam wcześniej honorarium. Tysiąc złotych schował spowrotem, resztę wyciągnął w moją stronę ze słowami – Machniom! Dał mi trzy tysiące złotych, biorąc w zamian swój udział. – I poproszę mojego pfenniga – dorzucił i zabrał pieniążek ze stołu. –Teraz jest sprawiedliwie. Patrzyłem na niego zdumiony, nie zdając chyba sobie sprawy, że oto spotkałem uczciwego złodzieja. Rozdałem każdemu z nas jego zdobycz, dokładając do pliku banknotów po pieniążku. Na szczęście. Obejrzałem gazetę. Do niczego. Stara i po niemiecku. Gazeta jak owoc, dobra gdy świeża. Oddarłem kawałek pierwszej strony i zawinąłem swoje banknoty. Resztę zmiąłem i rzuciłem w kąt.


Chodziliśmy w milczeniu wokół ruin pałacu. Wszystko się zmieniło od czasu, gdy byłem tutaj ostatni raz. Pałacowe obejście tak zarosło, że nie można już dostrzec nawet śladu ludzkiej ręki. To co przedstawiała dawna widokówka, a to co roztaczało się wokół, to dwa różne światy. Chociaż miejsce niby to samo. Wpatrywałem się w pomięty, obszarpany fragment gazety. Że też nie mogłem oderwać górnej części! Nie, ja musiałem sobie zostawić dolny fragment! I teraz mam dolną część jakiejś fotografii z fragmentem podpisu. A gdyby licho mnie nie podkusiło, gdybym wtedy nie wyrzucił reszty starej gazety, wiedziałbym, jak ten okrutny bandzior Masch wyglądał w całości, a nie tylko od brody w dół, do pasa. Może nie musiałbym poświęcić tyle czasu, szukając Bóg wie gdzie, żeby dowiedzieć się, kim właściwie był. I cóż takiego wydarzyło się dziewiątego dnia września tysiąc osiemset sześćdziesiątego roku, że mała wioska na skraju lasu przez krótki czas była na ustach wszystkich w całych Prusach. I jeszcze dalej. Chociaż, z drugiej strony, kogo właściwie to obchodzi. Niemiecką wioskę polscy osadnicy dawno rozebrali na cegły i deski. Pola porósł las. Z cmentarza nie pozostał ani jeden nagrobek, tylko barwinek każe ściszyć głos. Tylko dwie dzikie wiśnie przypominają, gdzie stała karczma, w której dokonano strasznej zbrodni. I dziura po studni. Z pałacu została dziura w ziemi. Odkrywcy rozjechali się po świecie. Z nimi ruszyły jednopfennigowe monety, ginąc gdzieś po drodze. Moja podróżowała ze mną kilka lat, aż jakiś gnój skroił mi ją razem z całym portfelem w poznańskim tramwaju. Banknoty trafiły do mnie i później poszły na wymianę. Dawno temu. Bardzo dawno. Za książki, znaczki, monetę z żaglowcem. Wymiana może być korzystna. Książki, znaczki i żaglówkę wymieniłem na inne książki, stare pocztówki, monetę z kobietą i inne monety. Ze znaczków wyrosłem. Książki przeczytałem i niektóre do dziś stoją na mojej półce. Czasami wyciągam pocztówki i je oglądam, nikt w domu nie wie po co. I choć dawno pozbyłem się tych banknotów w niebieskim kolorze, ciągle mam z nimi kłopot. Trzydzieści przeszło lat minęło, a ja ciągle widzę te kobiece postaci w ciemnym, niebieskim kolorze. Mam dobrą pamięć. Naprawdę dobrą. Tyle tylko, że cesarstwo niemieckie wyemitowało banknoty tysiącmarkowe w takim nijakim, szarym kolorze. Jasnym lub troszkę ciemniejszym, ale zawsze szarym. Nigdy w niebieskim. Ani ciemnym, ani jasnym. Nigdy. I gdyby nie to, że czasami, dorobionym za duże pieniądze kluczykiem, dla zabawy otwieram sobie pusty sejf firmy O. Schleiff z Berlina, byłbym pewien, że to tylko wymysł mojego chorego umysłu. Lekarz bezradnie rozkłada nade mną ręce. Nie umie mi pomóc. Ani zrozumieć, skąd u mnie tak rzadkie uczulenie na kolce i liście jeżyn. A owoce wcale mi nie szkodzą. I tak je lubię.

Opowiadanie zajęło Pierwsze Miejsce w konkursie Portalu Poszukiwania.pl

Bronisław Kraska



foto: George Pytlik

George Pytlik