Kategorie

Zapraszamy do dyskusji

Jak upadał Mur Berliński?









Zaczęło się od konieczności. Gdy obie republiki niemieckie były jeszcze strefami okupacyjnymi, standard życia w obu zaczął się rozjeżdżać, gdy zaś w 1949 roku oba państwa powstały, proces ten tylko przybrał na sile. Dla niemieckiej partii komunistycznej było to nieakceptowalne. Po pierwsze z powodów propagandowych – nie mogło być bowiem tak, że setki ludzi porzucają socjalistyczny raj i „głosują nogami”. Po drugie – proces ten był zabójczy dla gospodarki NRD, która w ten sposób drenowana była z wykwalifikowanej kadry inżynierskiej i robotniczej. Rozpoczęto więc budowę systemu płotów i zasiek, by zatrzymać ludzi po właściwej stronie granicy, nic to jednak nie dało. Szacuje się, że do 1961 roku z NRD uciekło ok. 2,6 mln ludzi, z czego wielu było obywatelami innych państw socjalistycznych, którzy do Niemiec Wschodnich przybyli właśnie po to, by przedostać się na Zachód.

Mur Berliński: „mój kraj, murem podzielony”

Budowę rozpoczęto w nocy z 12 na 13 sierpnia 1961 roku. Miało to wszelkie pozory zatrzaskiwania pułapki, przygotowania przebiegały bowiem w całkowitej tajemnicy, a nawet przy zapewnieniach władz SED, że nikt budowy żadnego muru nie planuje. Celem było uniknięcie wzmożonych ucieczek, których spodziewano się jako efekt ogłoszenia rychłego zamknięcia granicy. Udało się to w całej rozciągłości – budowa była całkowitym zaskoczeniem zarówno dla międzynarodowych obserwatorów, jak i samych berlińczyków. Trudno powiedzieć, czy można było temu jakoś zapobiec, z pewnością jednak spóźniona o wiele godzin reakcja nie dawało na to żadnych szans. Mur już stał. I miał tak stać kolejne 28 lat.
Zrazu zbudowano go z betonowych płyt zwieńczonych zasiekami, stopniowo go jednak rozbudowywano. W swej ostatecznej wersji, której konstrukcję zapoczątkowano w 1975 roku, składał się 44 kilometrów drucianej siatki oraz 45 tysięcy betonowych prefabrykatów o wysokości 3,6 metra wraz z ceglanymi uzupełnieniami na długości 112 kilometrów. Do tego 20 bunkrów, 259 stanowisk dla patroli z psami, 186 wież obserwacyjnych, 31 punktów dowodzenia, gniazda karabinów maszynowych, miotaczy ognia a nawet granatników… Jedynym odstępstwem od analogicznych środków bezpieczeństwa użytych na granicy niemiecko-niemieckiej była rezygnacja z pól minowych.

Rozwój fortyfikacji powiązany był z kolejnymi, coraz wymyślniejszymi próbami przekroczenia ich. Przeskakiwano przez zasieki, wspinano się na mur, przeskakiwano z okien stojących przy murze domów, przejeżdżano nad nim na tyrolce, przelatywano w balonach lub samolotem, przedostawano się kanałami… Próby te nierzadko kończyły się śmiercią, choć są duże rozpiętości w szacunkach. Oficjalne dane rządu wschodnioniemieckiego mówiły o 98 ofiarach śmiertelnych, jednak liczby podawane przez współczesnych badaczy oscylują między 140 a 200 zabitych.

Mimo wysokiego nasycenia granicy bronią oraz pozwolenia na jej użycie, rozkaz „strzelać, żeby zabić” wydawano tylko okresowo. Zazwyczaj oddawano strzały ostrzegawcze, co w większości wypadków wystarczyło. Prawdopodobnie najbardziej dramatyczne była śmierć osiemnastoletniego Petera Fechtera, który, postrzelony przez straż graniczną, został pozostawiony na ziemi niczyjej, gdzie powoli wykrwawił się na śmierć na oczach bezsilnego tłumu zachodnich berlińczyków. Po tym zgonie władze SED postanowiły wprowadzić restrykcje przy otwieraniu ognia do uciekających by uniknąć kolejnych przypadków śmierci stawiających ich w złym świetle. Ostatnią osobą, którą zastrzelono podczas próby jego przekroczenia, był Chris Gueffroy, zabity 5 lutego 1989 roku, miesiąc później zaś Mur pochłonął swoją ostatnią ofiarę, Winfrieda Freudenberga, który zginął w katastrofie balonu, którym usiłował się przedostać na Zachód.

Za cenę ogromnych pieniędzy (trudno oszacować dokładny koszt, wiadomo jednak, że ostateczna wersja kosztowała ponad 16 mln marek) oraz wspomnianych wyżej zgonów udało się w dużej mierze powstrzymać ucieczki na Zachód. Rzecz jasna nie wyrugowano ich całkowicie, jednak liczba uciekinierów w latach 1961-1989 szacowana jest na 40 tysięcy. Jest to więc niewielki wycinek w sumie 616 tysięcy osób, które wydostały się z Niemiec Wschodnich wszelkimi sposobami. Jeśli porównamy to z liczbami z okresu 1945-1961 zobaczymy, że Mur spełnił swoje zadanie: zamienił NRD w więzienie.

Upadek muru berlińskiego: „a mury runą, runą, runą…”

W 1989 roku komunizm zaczął się ostatecznie rozpadać. Wybory czerwcowe w Polsce oraz rozmontowanie płotu granicznego między Węgrami a Austrią, które nastąpiło krótko po nich, utorowało drogę do podobnej liberalizacji w NRD. Rządzący Niemcami Wschodnimi znaleźli się w trudnej sytuacji. Z jednej strony utrzymywanie dalej muru stało się bezprzedmiotowe, nie było bowiem możliwości zablokowania ruchu osobowego z krajami komunistycznymi, zaś gdy Węgry rozmontowały wspomniany płot, to już we wrześniu 13 tysięcy obywateli NRD uciekło przez tak powstałą „zieloną granicę” do Austrii. 18 października z funkcji sekretarza zrezygnował Erich Honecker, zastąpił go zaś Egon Krenz. W tym momencie obywatele NRD uciekali już niemal masowo na Zachód przez Węgry i Czechosłowację. Sytuacja praktycznie wymknęła się spod kontroli, zaś szeregi uchodźców stawały się coraz bardziej problematyczne dla obu krajów. W końcu Krenz nie miał innego wyboru, jak zaakceptować stan faktyczny: granicy bloku wschodniego nie da się już w żaden sposób utrzymać. 9 listopada podjęto decyzję o otworzeniu przejść granicznych między NRD i RFN.

Decyzja ta nie oznaczała, rzecz jasna, podniesienia szlabanów. Z dniem 10 listopada wejść w życie miały nowe przepisy, znacznie liberalizujące zasady udzielania zgody na przekroczenie granicy, paszporty zaś miano blokować tylko w szczególnych okolicznościach. Jak to jednak często bywa, zadziałał wszechmocny przypadek.

O nowej ustawie paszportowej miał w godzinach wieczornych poinformować na konferencji prasowej rzecznik SED Günter Schabowski. Było to nowe stanowisko, utworzone po ustąpieniu Honeckera i będące elementem dość desperackiego ratowania wizerunku partii. Dynamiczna sytuacja, w jakiej znalazła się partia oznaczała, że musiał on przeprowadzać po kilka konferencji prasowych dziennie, siłą rzeczy nie mógł więc uczestniczyć w obradach politbiura ani Ministerstwa Sprawiedliwości, podczas których opracowywano projekt ustawy. Nie znał więc ani jej kulisów, ani daty wprowadzenia jej w życie. Z tą niepełną wiedzą znalazł się w sali konferencyjnej.

Sama konferencja przebiegała chaotycznie – widać było, że Schabowski zmuszony jest odpowiadać na wiele wątków, nie mając ku temu wystarczającej wiedzy. Gdy Ricardo Ehrman z włoskiej agencji ANSA zapytał go o prawo o podróżach, rzecznik przypomniał sobie o tym, że ma poinformować o nowej ustawie co natychmiast w dwóch zdaniach zrobił. Wywołało to lawinę pytań, odpowiedzi na które musiał gorączkowo wyszukiwać w nieznanym mu projekcie ustawy. Gdy więc na parę minut przed dziewiętnastą zaczęto go wypytywać, kiedy przepisy wejdą w życie, oparł się na jedynej dostępnej wiedzy, czyli sformułowaniach projektu ustawy i odparł, że zgodnie z jego wiedzą, natychmiast. I w tym momencie NRD się zawaliła.

„Panie Gorbaczow, zburz pan ten mur!”
Konferencja nadawana była na żywo, więc zaraz po wysłuchaniu tych słów dziesiątki tysięcy berlińczyków wyłączyło telewizory i wyszło na ulice, kierując się ku przejściom granicznym. Wschodnioniemieccy pogranicznicy znaleźli się w kropce – nie mieli żadnych instrukcji ani rozkazów, stanęli zaś wobec tłumu żądającego przepuszczenia ich przez granicę, ponieważ „Schabowski powiedział, że możemy”. Na początku próbowali oni zachować nad sytuacją jakąkolwiek kontrolę, przepuszczając co bardziej krewkich protestujących z pieczątką wbitą tak, by cofać ważność paszportu, nie było to jednak w stanie rozładować sytuacji. W końcu dowodzący przejściem granicznym przy Bornholmer Straße podpułkownik Harald Jäger widząc, że nie jest w stanie utrzymać kontroli nad tłumem ani zapewnić bezpieczeństwa swoich żołnierzy, zdecydował się otworzyć szlaban i wstrzymać kontrolę paszportową. Strumień Ossis ruszył na Zachód, serdecznie witany przez ludzi zza Muru.

Mauerfall rozpoczął się jeszcze tej samej nocy. Berlińczycy zaczęli spontanicznie, przy biernej postawie wschodnioniemieckich policjantów, rozbierać mur młotami i dłutami. Po pierwszym szoku władze wschodnioniemieckie próbowały nawet naprawiać mur, rychło jednak dano z tym spokój. NRD rozpadała się z dnia na dzień. 3 grudnia 1989 roku Krenz zrezygnował z funkcji sekretarza SED, zaś trzy dni później także z funkcji przewodniczącego Rady Państwa. Na tym drugim stanowisku zastąpił go tymczasowo Manfred Gerlach, przewodniczący Liberalno-Demokratycznej Partii Niemiec, NRD zaś zaczęła przygotowywać się do pierwszych wolnych wyborów.

Mur Berliński był jednym z najbardziej znanych symboli Zimnej Wojny. Dzielił on na dwoje miasto i kraj, wyznaczał granicę między dwoma światami, był też przeszkodą dla tych, którzy chcieli uciec z bloku socjalistycznego. Stanowił fizyczną ilustrację słów o Żelaznej Kurtynie, zaś jego upadek nieuchronnie kojarzył się z upadkiem więzienia. Co jednak ciekawe, nie wszyscy przywódcy europejscy cieszyli się z wydarzeń, jakie miały miejsce w listopadzie 1989 roku: część bała się, że zjednoczone Niemcy okażą się zbyt silne i w końcu zdominują politykę europejską. Dla Niemców zaś 9 listopada, Dzień Zjednoczenia, pozostaje jednym z najważniejszych świąt.

Bibliografia:
Centkowska Agnieszka, Mur berliński: od podziału do jedności Niemiec, Wydawnictwo Adam Marszałek Toruń 2005.
Latkowska Magdalena, „Pedagodzy socjalizmu” czy „wrogowie klasowi”? Pisarze z NRD wobec powstania czerwcowego 1953 oraz budowy i upadku muru berlińskiego 1961-1989, Oficyna Wydawnicza Atut, Wrocław 2016.
Zechenter Anna, Berliński mur śmierci: z najnowszej historii, „Źródło”, nr 48, 2014, s. 20-21.
Redakcja: Tomasz Leszkowicz

 


autor: Przemysław Mrówka

materiał został opublikowany na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa – Na tych samych warunkach 3.0 Polska.

miejsce pierwotnej publikacji – Portal historyczny Histmag.org

 







POLECAMY TAKŻE: